Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ron. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 marca 2018

Od Rona (CD Umbra) - 007 zgłoś się?

Lisie łapy uderzały w ziemię z coraz to mniejszą częstotliwością, by w końcu, gdy tylko rudzielec znalazł się – jak mu się wydawało – poza zasięgiem wzroku Umbry, zacząć wybijać na zmarzniętym gruncie rytm typowy dla marszu. 

- Śledź dla mnie Eros, Ron – przedrzeźniał bestię na głos. – I raportuj mi o jej położeniu. 

Och, Ron, w coś Ty się wpakował – karcił się w myślach. Bolały go łapy, płuca, wszystko… ale nie to było teraz jego największym zmartwieniem. Musiał odnaleźć przewodniczkę swojego stada i niejako zdradzić ją, naruszając jej prywatność. Nie miał najmniejszej ochoty tego robić. Miał dziesięć tysięcy innych, ciekawszych pomysłów na spędzenie popołudnia. Pomijając też aspekt moralny, nie interesowało go życie prywatne samicy. 

Stanął jak wryty, niemalże tracąc przy tym równowagę i przełknął głośno ślinę. Uświadomił sobie bowiem, że Umbry również nie powinno ono interesować. Wykluczywszy opcję, że stwór żywi do niej jakieś głębsze uczucie, z którego rodzi się nadmierna wręcz ciekawość (przecież ta bestia jest niezdolna do uczuć!) doszedł do wniosku, że Umbra musi mieć jakieś niecne plany wobec przywódczyni. 

Nie mógł tego tak zostawić. Co robić, co robić? Zatoczył kilka niewielkich okręgów, machając przy tym nerwowo ogonem, co musiało wyglądać komicznie. 

Musiał powiedzieć o wszystkim Eros, skonkludował w końcu. 

- Od tej chwili każde twoje, nawet najdrobniejsze wykroczenie, równać będzie się śmierci – ponownie przełknął ślinę, przypominając sobie te słowa. No cóż. Czyli chyba jednak nici ze zdrady wobec bestii. Zdążył już polubić Eros, ale na własnym życiu zależało mu dużo bardziej. 

Najwyżej wybada teren, sprawdzi, co też potwór kombinuje i wtedy dopiero podejmie decyzję o tym, co robić dalej. 

Potrząsnął głową, zadowolony z własnego rozumowania i zaczął kontynuować wędrówkę w stronę, gdzie spodziewał się zobaczyć Eros, czyli w kierunku jej miejsca zamieszkania. 

Dotarł na miejsce, gdy na niebie widoczne były już pierwsze gwiazdy. Zbliżył się do nory na tyle, by jego czułe uszy wychwyciły spokojny oddech samicy. Spała. 

Zastanowił się przez chwilę, co zrobić. Żałował teraz, że nie zapisał się na internetowy przyspieszony kurs szpiegostwa dla opornych, kiedy miał okazję. No trudno. Musiał sobie poradzić bez tej cennej wiedzy. 

Stwierdził, że nie ma sensu wchodzić do środka – i bez tego był w stanie stwierdzić, czym obecnie zajmuje się Eros. Tylko niepotrzebnie zostawiłby tam swój zapach, co na pewno zrodziłoby w głowie przywódczyni jakieś przypuszczenia. 

Nie, żeby jakoś szczególnie przejmował się, co inni o nim myślą, ale nie chciał wyjść na zboczeńca podglądającego śpiące panienki. Ani na potencjalnego zamachowca. Sam już nie wiedział, co byłoby gorsze. 

W tej sytuacji uznał, iż najlepszym wyjściem będzie jeśli po prostu, podobnie jak jego cel, uda się na nocny spoczynek. Bardzo go potrzebował po tym całym bieganiu i emocjach, jakich doświadczył tego dnia. 

Oddalił się kawałeczek od nory Eros, znajdując sobie legowisko w kępce trawy. Stąd widział wyjście jaskini, sam jednak nie mógł zostać dostrzeżony. Idealnie. Bez zbędnych ceregieli, zwinął się w kłębek i zasnął. 

Obudził się wyjątkowo wcześnie. Po ni mniej ni więcej dwóch godzinach przewracania się z boku na bok i gapienia na ciemną plamę jaskini, w końcu ujrzał to, co marzył zobaczyć od dawna – sylwetkę Eros. Nie, żeby jej widok tak go ucieszył. Raczej fakt, że będzie mógł w końcu kontynuować swoją misję (a więc pewnie nie zostanie tak szybko zamordowany przez Umbrę) i że zakończy tę nudę. 

Szybko jednak okazało się, że nie ma co liczyć na zakończenie nudy. Eros okazała się wybitnie nieciekawą osobistością. Cały dzień podążał za samicą, z ukrycia przyglądając się jej poczynaniom. 

Wodopój. Krótki spacer po łące. Przystanek, by opisać wybitnie ciekawego kwiatka i kontynuacja spaceru. Polowanie na sarnę było chyba najbardziej ekscytującą częścią jej dnia, choć też nie było jakieś spektakularne. Po posiłku krótki odpoczynek, kolejna wycieczka nad wodopój. A potem już tylko powrót w okolice nory i gapienie się przez niemalże godzinę na zachodzące słońce. Na koniec do nory i spać. Rany. 

Nie dostał od Umbry żadnych instrukcji odnośnie tego, gdzie i kiedy ma się z nim spotkać, toteż uznał, że po prostu wróci do miejsca, gdzie ostatni raz widział potwora. A jako porę spotkania wybrał noc, z racji tego, iż wtedy Eros i tak spała. 

Poczuł, jak żołądek zawiązuje mu się w węzeł, choć przecież nie powinien się tak czuć. Wywiązał się ze swojego zadania, a fakt, iż Eros okazała się być wybitnie nudną jednostką, nie był jego winą. 

Wziął głęboki wdech i przysiadł na brzegu jeziora. Nie minęło dużo czasu (choć sam odniósł wrażenie, że upłynęła cała wieczność), nim poczuł czyjąś obecność za plecami. Przełknął głośno ślinę i odchrząknął, gotów, by zdać raport. 



Umbra? Pobiłam już rekord w przekładaniu terminu? Przepraszam :/ 

<750 słów = +10 Divitae, dodam sobie>

sobota, 3 marca 2018

Od Ron'a (CD Umbra) - "Morderczy bieg"

- Najszybciej ze wszystkich lisów, Umbro! - Płaszczyłem się przed "nie-bestią", chcąc uniknąć rychłej śmierci w tej jego pozbawionej jakichkolwiek tkanek miękkich paszczy. Brr.

Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że każda komórka mojego ciała marzy teraz, by mieć jakieś nibynóżki, witki, czy cokolwiek innego, co pozwoliłoby im zatkać uszy (gdyby je posiadały). Przedstawienie, jakie tu się przed chwilą odegrało, musiało stworzyć w oczach (nie-)potwora wizję Rona-tchórza i lizusa. No trudno.

Wolę być postrzegany jako lizus, ale żywy, niż dać się zamordować i pozwolić, by obrzydliwe czerwie pełzały w moim ciele, żywiąc się gnijącymi tkankami. A może nawet nie. Może ta (nie-) bestia pożywiała się też lisim mięsem. Wzdrygnąłem się na tę myśl. To nieczęsta praktyka w lesie - drapieżnik z zasady nie rusza mięsa innego drapieżnika. Podobno ma to jakiś związek z wysokim ryzykiem zarażenia się pasożytami czy innym badziewiem, ale osobiście wolałem wierzyć, że wynika to po prostu z szacunku do podobnych sobie stworzeń.

A ten tutaj nie wyglądał mi na typa, który byłby zdolny do odczuwania szacunku.

- To dobrze, bo ja się zwykle teleportuję. Widzisz jezioro oddalone o około kilometr stąd? - Zapytał Umbra, ucinając moje mroczne rozmyślania na jego temat.

- Uch, Em... - zmrużyłem oczy, starając się dojrzeć na horyzoncie cokolwiek, co mogłoby chociaż świadczyć o bliskości jeziora. Bezskutecznie. - Nie. A ty? Widzisz coś oddalone o KILOMETR stąd? - Trochę zdenerwowała mnie ta moja... nieporadność, ułomność? w postrzeganiu świata, co spowodowało, że na chwilę się zapomniałem, opuściłem gardę, pozwoliłem sobie na tę małą manifestację mojej frustracji.

Przełknąłem głośno ślinę, nie wiedząc, jak też bestia (nie oszukujmy się już z tym "nie". To przecież bestia, na bank. Może sam nie chce tego przed sobą przyznać, nie zmieni to jednak tego, kim jest) może zareagować na takie zachowanie.

Umbra na szczęście zdawał się nie dosłyszeć tego pretensjonalnego pytania. Uniósł koniuszek pyska nieznacznie w górę, za czym pewnie poszłoby spojrzenie jego oczu - gdyby je miał. Ot, typowy gest kogoś, kto się nad czymś głęboko zastanawia.

- Więc masz biec około dwieście metrów na północ, zboczyć delikatnie na północny wschód, potem całkiem wyrównać do wschodu... I dalej już chyba zauważysz, jak biec. - Każdej kolejnej wskazówce towarzyszyło moje kiwnięcie głowy, którym sygnalizowałem, że przyjąłem treść jego wypowiedzi do wiadomości. - Tylko nie próbuj uciekać. Znajdę cię i zabiję, bo niepotrzebny mi jest nieoddany posłaniec - czułem, jak futro jeży mi się na karku na dźwięk tych słów.

- Ani mi się śniło, Umbro - przedstawienia ciąg dalszy. Duże oczy, ulegle podwinięty ogonek.

Matka śmiałaby się ze mnie, gdyby to widziała. Chociaż nie, najpewniej widząc mnie w takiej sytuacji, zaczęłaby sobie rwać sierść z głowy. Albo przystąpiłaby do działania. A może zostawiła by mnie tu, pomimo wielkiego prawdopodobieństwa, że niedługo zginę. Właściwie dawno nie widziałem mojej matki...

Cholera, mam tu zadanie do wykonania, a myślę o mojej matce. Otrzepałem się, jakby chcąc wyrzucić te myśli z siebie - przeanalizuję tę sprawę kiedy indziej, jeśli dożyję - i zorientowałem się, że zostałem sam.

Rozejrzałem się na boki, jakby szukając potwierdzenia. Skubany przeteleportował się nad jezioro. Wiedziałem, że nie mam ani chwili do stracenia. Szybko określiłem kierunki geograficzne na podstawie pozycji słońca.

Ruszyłem przed siebie niczym pocisk wystrzelony z karabinu, pędząc z maksymalną prędkością, jaką przypuszczalnie będę w stanie utrzymać na spodziewanym dystansie. Czyli… Całkiem szybko. Nie miałem się czym chwalić – każdy lis byłby zdolny do osiągnięcia podobnego tempa, zwłaszcza będąc w sytuacji zagrożenia życia.

Czułem, jak niewielkie kamyczki unoszą się z ziemi pod wpływem uderzeń moich łap, kąsając mnie po brzuchu niczym mrówki. Lubiłem to uczucie. Biegając często czułem się… niezniszczalny? Wyjęty z czasoprzestrzeni? Nic, tylko ja, wiatr w sierści i gwałtownie zmieniający się krajobraz; nawet myśli niezdolne były zazwyczaj przebić barierę monotonnego dźwięku łap uderzających o podłoże.

Teraz jednak nie mogłem się tym cieszyć. Miałem wrażenie, że nie biegnę do celu, a uciekam przed niewidzialnym wrogiem – kostuchą, mrocznym żniwiarzem, zwał jak zwał. W moich myślach ta postać miała teraz pozbawiony wyrazu (oraz skóry, mięśni, sierści) pysk Umbry. Podświadomie przyspieszyłem, choć moje płuca i serce podpowiadały mi, że to nienajlepszy pomysł. Już czułem drapiący ból w tchawicy.

Zwolniłem odrobinkę, gdy dotarłem do punktu, w którym wskazówki Umbry nie mogły mnie już dalej prowadzić. Miałem już „zauważyć, jak biec”, całe szczęście jezioro znalazło się już w zasięgu mojego wzroku.

Dokonałem szybkiej kalkulacji, zastanawiając się, czy bardziej opłaca mi się wybrać drogę na skróty, prowadzącą przez jakieś chaszcze, czy też biec ubitą, ale znacznie dłuższą trasą. Ostatecznie wybrałem chaszcze.

Szybko pożałowałem tej decyzji. Okazało się, że te pozbawione teraz liści krzaki to nic innego, jak uzbrojone w ostre kolce (a może ciernie? tak, nawet w takim momencie zakrzątałem sobie głowę kwestią nazewnictwa) jeżyny. Zakląłem w duchu, przypominając sobie, jak jakiś czas temu przechodziłem nieopodal i zwróciłem uwagę na to miejsce jako potencjalną stołówkę w okresie wiosenno-letnim.

Całe szczęście wizja kostuchy siedzącej mi na ogonie pozwoliła na chwilę „wyłączyć się” na ból odczuwany za każdym razem, gdy kolejny cierń (tudzież kolec) żłobił sobie krwawą (no dobra, przesadzam. Ale bolesną!) ścieżkę na mojej skórze. Czułem, jak jeden z nich wbija mi się w delikatną skórę między palcami jednej z tylnych łap, jednak wystarczyło, bym wyobraził sobie ból spowodowany byciem rozrywanym na strzępy przez Umbrę i jakoś tak momentalnie ciało obce przestało mi przeszkadzać.

Byłem skupiony na celu – jeziorze. Nic nie potrafiło wyrwać mnie z tego skupienia… Tak przynajmniej myślałem, dopóki przy kolejnym głębokim wdechu wciągnąłem do płuc nie tylko woń wilgotnej ziemi i rozkładających się gałązek, ale i słodką, kuszącą woń zwierzyny.

Czułem, jak żołądek ściska mi się tak gwałtownie, że musiałem się zatrzymać. Chwilę potrwało, nim udało mi się uspokoić oddech; w odpowiedzi na długi wysiłek organizm odwdzięczył mi się silnymi torsjami. Zwróciłem jedynie trochę żółci, gdyż nic innego do zwracania po prostu nie miałem.

Chciałem biec dalej, jednak instynkt drapieżnika okazał się silniejszy. Z walącym sercem zboczyłem z trasy w kierunku upragnionej woni.

Kamień spadł mi z serca, gdy ujrzałem zajęczą norę. To będzie łatwy łup. Teraz, z bliska, wyczuwałem, że wewnątrz znajdują się małe, bezbronne młode. Rozkopałem ziemię, by dostać się do ofiar, które, niepokryte nawet jeszcze futrem, nie były nawet zdolne, by podjąć próbę ucieczki.

Jadłem łapczywie, co później pewnie przypłacę niestrawnością, byłem jednak niezwykle głodny i nie mogłem sobie pozwolić na zmarnowanie jeszcze większej ilości czasu. Nie wyczuwałem nawet wyraźnego smaku, czułem jednak, jak delikatne kostki łamią się pod naciskiem moich szczęk, nie musiałem nawet ich omijać – po prostu zjadałem moje ofiary w całości.

Kiedy byłem już syty, fala strachu ścisnęła mnie za serce i żołądek, przez co omal nie zwróciłem jego zawartości (gdybym zwrócił, sytuacja ta mogłaby się wydać wręcz tragikomiczna). Spieprzyłem moje zadanie! Byłem już spóźniony (ale czy na pewno? Mój wybryk zabrał mi jakieś cztery minuty, a biegłem szybko. Mimo tego nie potrafiłem uspokoić myśli), a więc pewnie i martwy. Brawo, Ron.

W pośpiechu wymyśliłem, że jeśli zaniosę bestii posiłek, to może potraktuje mnie łagodniej. Chwyciłem w zęby ostatnie dwa zajączki. Poczułem, jak życie opuszcza ich ciałka, gdy zmiażdżyłem ich delikatne kręgosłupy.

Zebrałem się do kupy i ruszyłem w stronę celu. Teraz, z zajętym pyskiem trudniej mi było oddychać; pełny żołądek również nie ułatwiał biegu. W końcu jednak dotarłem do brzegu, a raczej wypadłem na kamienistą plażę spośród krzaków.

Czułem, że w moje futro wplątane są dziesiątki malutkich gałązek, pewnie również zdechłych robaków i innych niefajnych rzeczy, że mam pierś uwalaną krwią, byłem jednak zbyt przejęty spóźnieniem, by się tym przejmować.

Rozejrzałem się wokół. Poczułem ogromną ulgę, gdy jakieś sto metrów od siebie dostrzegłem dziwaczną sylwetkę Umbry. Podbiegłem do niego, i…

… tak, Panie i Panowie. Potknąłem się o jakiś badyl wystający z podłoża, upadając na ziemię prosto pod łapami Bestii. Moje kończyny były porozrzucane na wszystkie strony, zmiażdżyłem też trzymany w pysku „prezent”.

Bałem się podnieść wzrok do góry, gdy to jednak (w końcu!) uczyniłem, zobaczyłem, że pochyla nade mną swój kościsty pysk…

Och, gdyby tylko miał oczy, gdybym był w stanie odczytać teraz ich wyraz…





<1312 słowa, odpis w mniej niż tydzień = +25 Divitae>
Umbra? Zlitujesz się?

piątek, 26 stycznia 2018

Ron (CD Eros) - Jaskinia na własność

Ostre kły przesuwały się gładko po powierzchni kości, co rusz prowokując cichsze lub głośniejsze chrupnięcie. Ron był bardzo zadowolony ze swego znaleziska, a donośne mlaskanie odbijające się od ścian jaskini stanowiło tego niezbity dowód.

Gnat może nie był jakoś szczodrze pokryty mięsem, jednak liskowi to wystarczało. Nieczęsto udawało mu się w ogóle kosztować mięsa tak dużej zwierzyny, w dodatku tak świeżego. Dlatego też niezwykle cenił sobie walory smakowe tego delikatesu i delektował się każdym kęsem. Ba, zadał sobie nawet trud, by przytargać zwłoki do jaskini. A przecież miał wyraźną zasadę: żadnego jedzenia w domu. No cóż, zasady są po to, żeby je łamać, nawet jeżeli samemu się je ustala. W końcu dla tak pysznego kawałka mięsiwa warto.

Poza tym, nie zamierzał długo zostawać w norze. Towarzystwo Liarry było dla niego dość uciążliwe, choć powoli uczył się już ją tolerować. Mimo tego wiedział, że najlepiej mu się będzie mieszkało w pojedynkę. Dlatego też gnijące resztki jedzenia, jakie mogły zostać w pomieszczeniu po zakończonym posiłku, zupełnie liska nie martwiły, w końcu to już nie jego problem. I tak się niedługo wyprowadzi.

Chrupnięcie nieco głośniejsze od poprzednich wyraźnie oznajmiło, że Ronowi wreszcie udało się zmiażdżyć zębami twardą kość i dotrzeć do pysznego, pożywnego szpiku. Na samą myśl o jego smaku, żołądek liska zaczął niemalże wygrywać piątą symfonię Beethovena. Ledwie zdążył zanurzyć język w kremowej słodyczy, gdy...

- Ron? - Usłyszał niepewny głos, należący do, jak mu się zdawało, Eros.

- Tak? - Zapytał. Wypuszczenie kości z pyska okazało się dla niego o wiele trudniejszym zadaniem, niż można by przypuszczać.

- Przynoszę dobrą nowinę - oznajmiła przywódczyni, której przysadzista sylwetka właśnie wyłoniła się z wejścia do jaskini. Samica spojrzała na leżące pod ścianą truchło, jednak szybko przeniosła wzrok na liska. - Och, a co to? A z resztą, nie ważne. Ucieszysz się. Liarra się wyprowadza.

Uszy liska nieznacznie uniosły się wbrew jego woli, podobnie jak z resztą kąciki ust, które usilnie próbowały wytworzyć na lisim pysku szeroki uśmiech. W oczach Rona zawitał nowy błysk. Uważny obserwator zauważyłby nawet, jak przez jego ciało przeszła fala zmniejszająca napięcie mięśni. Nowina zdecydowanie liska ucieszyła. Co nie znaczyło, że chciał, by Eros zobaczyła wyraz jego radości. Schował się troszkę bardziej za kością.

- Czy to oznacza, że będę miał całą norę dla siebie? - Zapytał najbardziej obojętnym tonem, jaki mógł w tamtym momencie przybrać jego głos.

- Właśnie tak - oznajmiła Eros, energicznie kiwając głową.

- Och. Dziękuję - znów próbował kryć euforię za maską obojętności, jednak ostatnie słowo wypowiedział stanowczo zbyt wysokim tonem.



Eros? Jestem mistrzem zakończeń, wiem.

wtorek, 2 stycznia 2018

Od Rona (CD Eros) - Wydany barbarzyńcom?

(akcja opowiadania toczy się około miesiąc temu)

- Oczywiście. Idealnie trafiłeś, bo akurat kogoś takiego szukam.

Ha. Manipulanta, pasożyta? Lis uśmiechnął się pod nosem, po czym teatralnie schylił czoło w ukłonie.

- Prowadź, więc... - polecił.

Eros ruszyła wolnym krokiem przed siebie, a lis podjął wędrówkę u jej boku.

- No, to... co cię tu sprowadza? - Zapytała. Ron odniósł wrażenie, że pytanie padło wyłącznie jako przerywnik dla niezręcznej ciszy, a towarzyszki podróży tak naprawdę nie interesuje powód jego przybycia.

- Mnie? Trafiłem tu przypadkiem - odpowiedział wymijająco. - Powiedz mi lepiej, jak to się stało, że tak... autorytarny - przeciągnął to słowo, jakby próbował je posmakować - osobnik jak ty włada własnym stadem, co? Nie wyglądasz mi na kogoś, kto przejąłby władzę siłą - Eros obdarzyła go piorunującym spojrzeniem, nie przerywając jednak jego wypowiedzi. Lis, niezrażony, kontynuował: - Powiedz mi więc, skąd pomysł założenia stada? I to takiego, do którego przyjmiesz nawet lisa? Więzi rodzinne odpadają... - mruczał już pod nosem. Właściwie zaczynał mówić tylko po to, by uniknąć nieprzyjemnej ciszy.

- Och... wiesz, nuda, samotność... chciałam w końcu znaleźć sobie jakieś zajęcie - odpowiedziała obojętnym tonem, jednak ledwie dostrzegalny błysk w jej oku zasugerował, że sprawa wcale tak obojętna nie jest.

- Ach... - odmruknął lis.

Kolejnych kilkadziesiąt, o ile nie kilkaset kroków upłynęło im w milczeniu. Jedynie dźwięk łap opadających na pokrytą żwirem ścieżkę oraz nieśmiały szum wiatru zakłócały ciszę.

- No, to... daleko jeszcze? Zaczynam już wątpić w istnienie tej nory. Wyprowadzisz mnie gdzieś między barbarzyńców i zostawisz im na pożarcie, ja to wiem! - Zażartował Ron, któremu zdecydowanie nie odpowiadało milczenie.

Eros zaśmiała się pod nosem. Nie zdążyła jednak odpowiedzieć, nim drogę zastąpiła im... jakaś przerośnięta, umięśniona wilczyca? Z... tygrysimi prążkami, w dodatku czarno-niebiesko biała? I... czy Ron dobrze widział, że jej ogon jest zakończony pędzelkiem, jak u lwa?

No nie, czy ona na prawdę zaprowadziła mnie barbarzyńcom? Pomyślał, co nawet wydało mu się na swój sposób zabawne. Jednocześnie stwierdził, że ma dość dziwnych stworzeń jak na jeden dzień.

Wilczyca położyła tylko uszy i wlepiła w naszą dwójkę wyczekujące spojrzenie czarnych oczu...




No, to możemy uznać, że kontynuacją tego opowiadania jest pierwsze opowiadanie Liarry.

wtorek, 26 grudnia 2017

Od Ron'a - Konkurs (zadanie 1)

Lis przekręcił się z boku na bok i niechętnie wstał. Chętnie spędziłby w swoim posłaniu jeszcze więcej czasu, szczelnie otulony ptasim puchem, przeglądając wysłużony atlas ziół, jednak ssanie, które odczuwał w żołądku, wypędziło go spod ciepłej pierzyny. Otrzepał się z pojedynczych piór, jakie osiadły na jego sierści i ruszył w stronę wyjścia z jaskini; wzdrygnął się na myśl o czekającym go na zewnątrz chłodzie.

Gdy w końcu znalazł się na dworze, zimny wicher wdarł się pod jego futro, docierając do niegotowej na zmianę temperatury skóry. Ron zadrżał i rozważył powrót do nory, jednak burczący żołądek skutecznie go przed tym powstrzymał. Lis zacisnął zęby i spojrzał na błękit jasnego nieba, niezmącony najmniejszą nawet chmurką. Promienie słońca dodawały okolicy ciepła – nie tylko fizycznego, ale też tego wyjątkowego rodzaju ciepła, które odczuć można tylko sercem. 

Spowita śniegiem okolica poprzecinana była tropami zwierzyny. Lis uśmiechnął się pod nosem – nie będzie musiał na ślepo węszyć po całej polanie; wystarczy, że sprawdzi, który ze śladów okaże się najświeższy. 

Ruszył przed siebie, a jego łapy zapadały się po kolana w świeżym, miękkim puchu. Zwolnił, gdy jego uszu dobiegły ciche popiskiwania ukrytej pod powierzchnią mysiej rodziny, jednak zdecydował się iść dalej – miał ochotę na jakiś większy, bardziej pożywny posiłek.

Dotarł w końcu do wypatrzonego wcześniej tropu zająca, a zmysł węchu potwierdził, że zwierz przechadzał się tędy nie tak dawno temu. Lis kontynuował więc wędrówkę, poruszał się już jednak wolniej i rozglądał na boki, aby nie spłoszyć potencjalnej ofiary.

Nagle jednak zobaczył jaskinię, której nigdy wcześniej nie widział. Zorientował się wtedy, że zapuścił się w nieznane sobie tereny. Nic z resztą dziwnego, mieszkał tu przecież od niedawna. Zaintrygowany podszedł do wejścia kamiennej groty.

Zawahał się chwilę, nim wszedł do środka. Rozum podpowiadał mu, że może to być zimowe legowisko jakiegoś niedźwiedzia czy innej bestii, której Ron z pewnością nie chciałby zbudzić. Poza strachem poczuł jednak coś więcej – ciemny, mroczny korytarz przyciągał go z niesamowitą siłą, zapraszała, aby odkryć jej tajemnicę. Nawiasem mówiąc, lis dzięki odkryciu zupełnie zapomniał o morzącym go wcześniej głodzie. Po prostu czuł całym swoim sercem, że musi dowiedzieć się, co też skrywa nowo odkryta grota.

Ron przełknął głośno ślinę i, stawiając łapy ostrożnie niczym czający się na ofiarę kot, zniknął w głębi jaskini. Ogarnęła go ciemność, w której nawet lisie, doskonale przystosowane do nocnych polowań oczy stały się zupełnie bezużyteczne. Być może chcąc dodać sobie otuchy, napełnił płuca dusznym, wilgotnym powietrzem do granic ich możliwości, by potem powoli wypuścić je przez nos.

Nagle tuż nad swoją głową usłyszał pisk, któremu towarzyszył dziwny odgłos trzepotania skrzydeł. W normalnych okolicznościach szybko zorientowałby się, że to zwykły, niegroźny nietoperz, jednak napięcie, które odczuwał, musiało w tym momencie znaleźć swoje ujście. 

Lis podskoczył ze strachu, a lądując poślizgnął się na topniejącym śniegu, który wniósł na własnych łapach. Na tym się nie skończyło! Wylądował brzuchem na ziemi, a próbując wstać, potknął się o kamień. W tamtym momencie stracił grunt pod nogami i uderzył ponownie w ziemię zanim jeszcze jego błędnik zdążył przetworzyć całą tę sytuację.

Lis zakaszlał, a kiedy bicie jego serca zwolniło znów do akceptowalnej częstotliwości, przystąpił do pobieżnej analizy stanu ciała. O dziwo, wydawał się nie mieć żadnych złamań, a jedynie kilka drobnych stłuczeń i zadrapań. Nie zmieniało to faktu, że cały był obolały. Jak na ironię, pusty żołądek zaczął o sobie przypominać właśnie w tym momencie.

Ron próbował wspiąć się z powrotem w wyższe partie jaskini, jednak, jak się okazało, ściana okazała się zbyt stroma. A więc utknął tu na dole? Spróbował skręcić w lewo, napotkał jednak jedynie zimną ścianę. Zaskamlał cicho, nabierając przekonania, że nigdy nie wyjdzie z tej przeklętej jaskini. Wtem coś usłyszał, jakby szmer dobiegający z jednego z korytarzy.

Wymacał wąskie przejście ze strony, z której dobiegał głos i wcisnął się w nie. Krzywił się za każdym razem, gdy okaleczone ciało ocierało się o szorstką, wilgotną skałę. Serce waliło mu jak oszalałe. Możliwe, że właśnie pakował się w łapy jakiejś strasznej bestii, w końcu szmer nie mógł powstać sam z siebie. Czy miał jednak inne wyjście? Możliwe, że tunel był dla niego jedyną droga prowadzącą do świata zewnętrznego.

W końcu z niemałym trudem wycisnął się w tunelu, który swe ujście miał w ogromnej podziemnej hali. Lis dostrzegł niewielką szczelinę w suficie, przez którą nieśmiało wnikało światło; niewielki promyczek nadziei. Ron zaczął wgapiać się w szczelinę jak wygłodniała rybitwa w morską toń.

- Brawo… Gratulacje… - usłyszał syczący szept, przypominający mowę jakiegoś wielkiego, groźnego węża. Ach, świetnie, Ron, zostaniesz czyimś… śniadaniem, obiadem? Lis nie wiedział nawet, jak długo błąka się już pod ziemią.

- Kim jesteś?! – Wykrzyknął lis w przestrzeń. Stąpał twardo dalej, chcąc zamaskować swój strach przed nieznajomym. Jedyną odpowiedzią, jaką usłyszał, okazało się jednak głuche echo.

- Dotarłeś tutaj… samotnie, mój ty strudzony wędrowcze… - Dopiero po chwili szept znów powrócił, zakłócając względną ciszę. 

Ron zaczął rozglądać się dokoła zaniepokojony. Miał wrażenie, że serce niedługo wyskoczy mu z gardła. Postąpił jedynie kilka kroków w tył…

- Czego chcesz? – Zapytał, wkładając wiele wysiłku w zachowanie niezachwianego głosu. Nie chciał pokazać stworzeniu, że się boi, choć najeżone futro i drżące łapy mówiły same za siebie.

- Pomocy… Pragnę tylko pomocy… Podejdź tutaj i uratuj mnie, proszę! – Lis postawił uszy na sztorc, próbując dociec, skąd dobiega głos. Dźwięk niósł się jednak z każdego kąta sali. 

Taa. Pomocy. Śniadanie przecież samo się nie poda. Ron prychnął tylko pod nosem, nie jest przecież głupi i nie da się zwabić w tak oczywistą pułapkę. Mimo wszystko… Stworzenie mogło wiedzieć, gdzie znaleźć wyjście… W głowie rudzielca zaczął formować się prosty plan. Wciąż jednak nie wiedział, jak pomóc stworzeniu. Już chciał krzyknąć: „gdzie jesteś?”, kiedy nagle dostrzegł rozbłysk na drugim końcu pomieszczenia, wewnątrz którego zdawała się kryć niewyraźna postać.

Choć wydawało mu się to co najmniej podejrzane, ruszył truchtem w stronę dziwnego zjawiska, swoje zachowanie w sardoniczny sposób usprawiedliwiając tłumaczeniem, iż szybka (acz pewnie bolesna) śmierć, jaka może spotkać go z rąk (tudzież kłów, pazurów, czy w co tam jeszcze może być ono wyposażone) tajemniczego stworzenia, z pewnością będzie lepsza niż długa i powolna śmierć głodowa, która z pewnością go czeka, jeżeli nie znajdzie wyjścia.

Przysiadł na wilgotnej skale w odległości około czterech metrów od stworzenia, skąd miał możliwość, aby mu się przyjrzeć, zachowując względnie bezpieczny dystans. 

- No, to z czym masz problem? – Zapytał Ron nie do końca przyjacielskim tonem, nastawiając uszy. Jednocześnie dokładnie badał wzrokiem stworzenie.

Było dużo większe, niż mogłoby się wydawać z oddali. Właściwie lis miał do czynienia z ogromną bestią. Wydłużone, zwinięte teraz ciało pokrywały niebieskie łuski, które… wprawdzie połyskiwały, lecz można było odnieść wrażenie, że jedynie ułamkiem dawnego blasku. Smutne, głębokie oczy, osadzone w smukłym, wąsatym pysku patrzyły na Rona z nieopisaną ufnością, można w nich było dostrzec na nowo rozpaloną iskierkę dawno wygasłej nadziei. Te oczy nie mogły kłamać.

Lis podszedł bliżej do stworzenia, nie zważywszy na jego ostre pazury. Wiedział, że naprawdę potrzebuje ono pomocy.

- Co się stało? – Zapytał, tym razem jego głos przepełniony był troską. Nie wiedzieć czemu nie potrafiłby nie pomóc stworzeniu. Przyciągało go. Hipnotyzowało.

- Moje źródło! Wyschło! Wraz z nim moja moc! – Odezwało się zwierzę. Jego głos był teraz zachrypnięty, pełen bólu.

Ron rozejrzał się wokół po niewyraźnych kształtach wyłaniających się z ciemności. Zdał sobie sprawę, że miejsce, w którym stał, kiedyś musiało znajdować się pod powierzchnią podziemnego jeziora; zauważył, że drobne kamyczki leżące gdzieniegdzie na ziemi, to tak naprawdę szczątki skorupiaków zamieszkujących wody w jaskiniach. Teraz była to jedynie naga, wilgotna skała. Ron nadal jednak nie rozumiał.

- Jak mogę pomóc? Nie przywrócę przecież źródła, nie…

- Przywrócisz – przerwało mu stworzenie.

- Niby jak?

Kirin rozwinął się z kłębka, w który był zwinięty, na co lis cofnął się o krok. Stworzenie jednak zwinęło się ponownie, tym razem w drugą stronę.

- Nie wiem! To ty masz coś wymyślić! Gdybym wiedział, co zrobić, to nie stałbyś teraz na suchej ziemi! – Z początku mogłoby się wydawać, że kirin wybuchnie gniewem, ten jednak schylił głowę, a na jego łuskowatym policzku zalśniła łza.

- Eech… Wiesz chociaż, dlaczego źródło wyschło? – Zapytał nieśmiało Ron.

Nie usłyszał odpowiedzi, jednak Kirin pokręcił przecząco głową. Pięknie.

- W takim razie przykro mi, ale nie mogę pomóc – powiedział Ron ze skwaszoną miną.

- Musisz! – Wykrzyknął Kirin, który w jednej chwili rozwinął swoje ciało i oplótł się wokół Rona. Lis czuł ciepło jego ciała, drżenie mięśni…

- K-kiedy ja nie wiem, jak to zrobić – odpowiedział lis chwiejnym głosem.

- To trudno. Wymyśl – odparło stworzenie, uwalniając Rona z objęć.

Lis westchnął głośno i bez słowa odsunął się od Kirina. Poszedł w stronę dziury w ziemi, z której, jak się domyślał, jezioro powinno brać swoje źródło. Cały czas czuł na sobie wzrok łuskowatego stworzenia. Gdy w końcu doszedł do dziury, zajrzał do środka. Nic przydatnego nie udało mu się zauważyć. Spróbował wsadzić tam łapę, jednak kończyna okazała się ona zbyt szeroka, by zmieścić się w otworze.

Ron usiadł zrezygnowany. Świetnie. Utknął w podziemnej jaskini, z której nie potrafi wyjść razem ze stworzeniem, które i tak go z tej jaskini nie wypuści, dopóki nie uda mu się dokonać czynu, zdawałoby się, niemożliwego. Wolałby w tym momencie, żeby stworzenie okazało się jednak być mięsożerne. Szybka śmierć wydawała mu się niezwykle kuszącą perspektywą.

Zaczął jednak intensywnie myśleć, mając nadzieję, że uda mu się znaleźć jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Co sprawia, że źródło pojawia się w tym, a nie innym miejscu? Magia. To proste. A więc jaka musi być przyczyna wyschnięcia źródła? Odcięcie dopływu magii. 

Ron pragnął zrozumieć, dlaczego magia przestała działać na to konkretne źródełko, lecz żaden możliwy powód nie przychodził mu do głowy. Zrezygnowany położył się na ziemi i oparł łeb o skałę na krawędzi źródełka. A wtedy coś zobaczył.

Słabiutki, blady blask. W otworze definitywnie znajdował się jakiś niewielki przedmiot o magicznych właściwościach. Pytanie tylko, czy było to coś, co blokowało przepływ magii w źródełku, czy wręcz przeciwnie - obiekt będący jej źródłem.

Ron podskoczył podekscytowany, a czekający w oddali kirin drgnął z zaskoczenia. Lis postanowił sobie, że wydobędzie przedmiot z otworu. Tylko jak? Gdyby był na powierzchni, posłużyłby się patykiem, pod ziemią jednak ciężko takie znaleźć.

Nim się obejrzał, kirin zbliżył się do lisa i zawisnął mu nad ramieniem, z ciekawością przyglądając się jego poczynaniom. Wtedy lisa olśniło.

- Wsadź tu pazur - polecił Ron.

- Ale wtedy uszkodzę źródełko! - Protestował kirin.

- Właśnie o to chodzi. No dalej, to chyba twoja jedyna szansa - zachęcał go Ron.

Kirin z ostrożnością wepchnął szpon do dziury, jednak nawet pomimo delikatności, nie udało mu się dokonać tego bez uszkodzenia otaczającej otwór skały. Smok cofnął łapę przerażony.

Ron zaczął odtrącać poluzowane kamienie. W końcu mógł sięgnąć po świecący obiekt, który okazał się być sporym kryształem. Przedmiot emitował też pulsujące ciepło, jednak zarówno ono, jak i światło sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz wygasnąć. Lis zaczął przyglądać mu się uważnie. Nigdy wcześniej nie widział podobnego minerału.

- Kamień księżycowy - oświadczył smok. - Ale jakiś... blady. Co nam po kamieniu księżycowym? - Zapytał, a wąsy przy jego pysku opadły smutno.

- Księżycowy, powiadasz? Ha! - Wykrzyknął Ron, który już miał pomysł, co mógłby z kryształem zrobić, choć nie wierzył, że jego plan może wypalić.

Popędził z kamieniem w stronę promyka światła, który przedostał się do jaskini przez niewielką szczelinę w sklepieniu. Po swoim poziomie zmęczenia, jak i po bladości promyka, mógł się jedynie domyślać, że była noc.

W momencie, gdy światło padło na kamień, zaczął on się świecić z coraz większą intensywnością, po chwili rozgrzał się też do tego stopnia, że Ron nie mógł już go dalej utrzymać w pysku. Upuścił kamień, który zdawał się dalej "ładować swoje baterie".

Gdy w końcu kryształ wchłonął w siebie tyle księżycowej energii, że nie można było patrzeć na oślepiający blask, stało się coś niezwykłego.

Z kamienia zaczęła wypływać woda.

Ron rozdziawił pyszczek, zdumiony całą tą przygodą z kamieniem, a Kirin uradowany popędził w jego stronę.

Smok wręcz promieniał energią, a gdy tylko woda sięgnęła jego łap, przez jego ciało przemknął zdumiewający błysk, który zdawał się regenerować jego zmatowiałe łuski.

Woda dosięgła też łap Rona, jednak ten nie był do końca zadowolony z takiego obrotu spraw. Nie był najlepszym pływakiem.

Kirin, widząc niepokój na lisim pyszczku, delikatnie chwycił rudzielca w zęby i postawił na swoim grzbiecie. Lis zachwiał się, jednak szybko udało mu się odzyskać równowagę.

Z tej wysokości miał dobry widok na jaskinię, która powoli wypełniała się wodą. Pod jej powierzchnią dało się dostrzec księżycowy kryształ, którego blask, stłumiony przez wodę, rozświetlał całe pomieszczenie. Ron dostrzegł rysunki naskalne i bujnie rozwijającą się roślinność (wszak lis nie mógł wiedzieć, że w rzeczywistości były to pewne gatunki grzybów), których nie mógł dostrzec w ciemności. Jaskinia wyglądała pięknie. Co nie znaczyło, że chciałby tu zostać na zawsze.

- Chyba jestem ci winien przysługę - oświadczył kirin, jakby czytał w lisich myślach.

- Wiesz może, jak wydostać się stąd na powierzchnię?

- Da się zrobić.

Smok skupił swe spojrzenie w punkcie jaskini znajdującym się dokładnie pod otworem w sklepieniu. Uniósł wodę z tego miejsca do góry na kształt fontanny, która po chwili sięgnęła szczeliny, poszerzając ją znacznie.

Kirin obniżył fontannę do poziomu lisa i gestem zasugerował mu, by ten na nią wskoczył. Ron, z dozą nieufności, odbił się od grzbietu stworzenia i wylądował w chłodnej wodzie.

- Żegnaj! - Usłyszał od smoka.

Zaczął panicznie machać łapami, by utrzymać chociażby czubek nosa na powierzchni. Czuł, jak woda zalewa mu uszy i walczył, by nie dostała się też do jego płuc. Nim się jednak zorientował, jedna z łap natrafiła na twardą ziemię. Ron desperacko wydostał się z wody i w końcu był już na polanie.

- Dziękuję - wymamrotał do dziury. Swoją drogą pomyślał, że teraz przydałoby się ją jakoś zasklepić, jednak to już nie było jego zmartwienie.

Lis otrzepał się z wody, a kątem oka zauważył, że jego pojawienie się w tym miejscu spłoszyło jakieś sarny.

Nie podobało mu się jego położenie. Nie wiedział, gdzie jest. W dodatku był środek zimowej nocy, a on miał mokre futro. Głód doskwierał mu coraz bardziej. Cóż, miewał lepsze dni.

Jakimś jednak dziwacznym zrządzeniem losu, udało mu się w oddali dostrzec znajomą sylwetkę jednego z członków stada. Popędził w stronę znajomej, a wysiłek fizyczny choć minimalnie go rozgrzał.

I tak, przed oczyma wspomnianej osoby, stanął lis: przemarznięty, zagubiony, a jego brzuch burczał tak głośno, że nawet ona była w stanie go usłyszeć.

- Nie chciałbyś się u mnie ogrzać? - Zaproponowała, wcześniej wypluwszy dorodnego zająca, którego trzymała w pysku.

- Ch-chętnie. To był dłu-ugi dzień - odparł lis, którego głos drżał z zimna.

I tak, lis i... samica bliżej nieokreślonego gatunku (jakich w tym stadzie pełno), udali się do ciepłej, suchej jaskini.

 Koniec.

(2426 słów)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Ron (CD Liarra) - Bestia z krzaków

- Ciekawe, czy równie wielki chłód nosicie w sercach – może próba dopieczenia kilka razy większemu od siebie stworzeniu nie była najmądrzejszym posunięciem, jednak Ron wprost nie mógł nie wykorzystać tej okazji.
Spodziewał się, że na pysku wilczycy pojawi się wyraz irytacji, tymczasem znalazł tam niepokój. Liarra wskazała nosem na krzaki, w których najwidoczniej coś się czaiło. Ron skarcił się w duchu; jak mógł tego nie usłyszeć?
Zaczął rozważać ucieczkę. Instynkt podpowiadał mu, że jego smukłe, zwinne ciało jest zdolne do szybszego biegu niż ciało wilczycy o ciężkiej, umięśnionej sylwetce. Uznał z resztą, że Liarra poradzi sobie z ewentualnym napastnikiem. Wyglądała na twardą.
Lis zdążył jedynie podnieść jedną ze swoich łap z wilgotnej ziemi, a z pokrytych suchymi liśćmi krzaków wytoczyła się sylwetka…
- Co to właściwie jest?! – Wykrzyknął Ron, który zdecydował się jedynie odskoczyć do tyłu, a z ucieczki zrobić plan B. Nie umknęło jego uwadze, że Liarra również ze zdziwieniem odsunęła się od stworzenia.
Taak… Stworzenia o krępym, owłosionym ciele okrytym ciemnym płaszczem, spod którego wystawał całkiem długi ogon. Stwór kręcił się w miejscu, próbując za pomocą łap strzepać coś ze swojej twarzy. Dopiero, kiedy udało mu się pozbyć przyczepionej wcześniej do czoła pijawki, która zostawiła po sobie krwawy ślad, odwrócił się w stronę naszych bohaterów.
Ron i Liarra wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Obydwoje mieli napięte ciała, gotowe, by w każdej chwili rzucić się do ucieczki.
- Jestem Rogue. I wydaje mi się, że zasługuję na lepsze określenie niż „coś” – odezwał się nieznajomy, ku wielkiemu zdziwieniu Rona, który wcześniej miał go za niemowę (ileż razy popełni ten sam błąd podczas pobytu w tej krainie?).
Rogue stał sobie jak gdyby nigdy nic, przenosząc spojrzenie z pyska lisa na wilczy i z powrotem. Zdawał się w ogóle nie przejmować rubinową strużką krwi ściekającą mu po czole. Na jego twarzy malował się spokój, jednak ciężko było określić, czy nie była to tylko maska, za którą kryły się gwałtowniejsze emocje. Widać było, że czekał teraz na ruch z naszej strony.
- Nie chcesz z tym iść do medyka? – Przełamała się w końcu Liarra, wskazując łapą na miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu przytwierdzona była pijawka. Ron odniósł wrażenie, że wilczyca składa propozycję tylko po to, by przerwać niezręczną ciszę.
Fakt, że nie znali osobnika przemawiał raczej za teorią, że nie należy on do grupy, choć nieznajomość ta mogła też wynikać z faktu, że dopiero tu dołączyli. Lis postanowił jednak podjąć temat: dać obcemu do zrozumienia, że nie są sami i że okazując im agresję, Rogue mógłby ściągnąć na siebie gniew całego stada.
- Mamy spore stado, na pewno znalazłby się ktoś, kto byłby w stanie pomóc – Ron uśmiechnął się krzywo. Sama propozycja wyprawy do medyka z powodu niegroźnej pijawki wydawała mu się nieco komiczna, ale nie ośmielił się wypowiedzieć tego na głos. Liczył na to, że nieznajomy uzna propozycję za równie śmieszną i po prostu od nich odejdzie.
- To jak, idziesz? – Zapytała z uśmiechem Liarra.







Rogue?

sobota, 9 grudnia 2017

Ron (CD Liarra) - "Nocne eskapady?"

Ron wszedł powoli do jaskini, która powitała go wilgotnym, ziemistym zapachem. Omiótł ją wzrokiem, po czym bez słowa udał się w jak najbardziej oddalony od miejsca spoczynku Liarry kąt. Wciąż w milczeniu, zatoczył kilka kółek w miejscu, po czym ułożył się do snu, zakrywając czarny węgielek nosa swą gęstą, rudą kitą. Zamknął oczy. Wykonał jeden głośniejszy wydech, po którym jego oddech przybrał już spokojny, miarowy rytm.
- Dobranoc – usłyszał. Wychwycił w głosie wilczycy chłód. Nie dało się nie zauważyć, że jej grzeczność była wymuszona.
- Dobranoc – odpowiedział cicho, mając nadzieję, że w jego głosie nie dało się dosłyszeć nuty irytacji wywołanej przerwaniem procesu usypiania.
 Nie minęło dużo czasu, a od strony wilczycy zaczęły dobiegać liczne… pochrapywania? No, może niekoniecznie to, ale oddech miała ciężki, co nie było z resztą dziwne, biorąc pod uwagę budowę jej ciała. Silne, zahartowane w górach płuca, z pewnością pobierały więcej powietrza niż te u przeciętnego wilka. Ron z niezadowoleniem wyciągnął jedną z łap spod swojego ciała i przygniótł nią swoje uszy, by choć trochę stłumić dźwięki. Nie miał ochoty budzić Liarry i wdawać się z nią w awanturę; w końcu to i tak sytuacja na, miał nadzieję, jedną noc.
 
*
 
Obudził się jeszcze przed świtem. Nie miał ochoty na przewracanie się z boku na bok w jaskini, toteż wstał, wygiął zesztywniały kręgosłup w łuk, aby go rozciągnąć, i ostrożnym krokiem ruszył przed siebie. Starał się stąpać cicho, aby nie obudzić Liarry – wolał sobie nawet nie wyobrażać, jaką reakcje mogłaby u niej wywołać tak wczesna pobudka! Kiedy więc, przeszedłszy zaledwie parę kroków, spojrzał w stronę jej legowiska, ogarnęło go zdziwienie – posłanie było puste. Ruszył przed siebie, już pewniej stawiając łapy. Opuściwszy jaskinię, rozejrzał się na boki, zastanawiając się, w którą stronę się udać. Jego wzrok spoczął na spowitej w ciemności sylwetce Liarry, która oddalała się na tle polany. Lis, wiedziony czystą ciekawością (no, może bardziej podejrzliwością), postanowił siedzieć jej na ogonie.
 
 
Liarra?

sobota, 2 grudnia 2017

Ron - "Buszujący w zbożu?"

Ubłocone łapy, zmęczone już wielogodzinnym przedzieraniem się przez błotniste bagna, powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Rudzielec obrał więc za cel wędrówki najbliższy, wyglądający na pusty w środku, pień drzewa.Od wielu miesięcy zwiedzał świat, nigdzie jednak nie zabawił na dłużej. Także i tym razem, kiedy w końcu dotarł do wspomnianego wcześniej pniaka i urządził sobie w nim tymczasowe legowisko, nie przypuszczał, że spędzi w nim więcej niż kilka nocy. Nie zadał sobie nawet trudu, by pozbyć się pajęczyn i przynieść coś miękkiego do spania. Wystarczyło mu po prostu, że mógł położyć się na suchej ziemi. Wielogodzinna wędrówka zadziałała na niego lepiej niż jakikolwiek środek nasenny, rudzielec odpłynął bowiem w objęcia Morfeusza niemal natychmiast po zamknięciu bursztynowych oczu.Obudził go nowy dzień: łagodne promienie światła, odgłosy przyrody budzącej się do życia.Ron poczuł w brzuchu znajome uczucie, które, jak co ranka przypomniało mu o konieczności zjedzenia porannego posiłku. Lis przeciągnął się leniwie, rozprostowując kości po nocnym spoczynku. Ziewnął szeroko; białe kły mignęły w porannym słońcu. Nie miał potrzeby, aby poczynić jakiekolwiek przygotowania do polowania - najzwyczajniej w świecie wyszedł na zewnątrz.Świat zasłonięty był gęstą, poranną mgłą, jednak dało się spod niej dojrzeć pokrytą cieniutką warstwą topniejącego śniegu ziemię. Zima właśnie zawitała w te strony.Ron najeżył futro, licząc, że w ten sposób uda mu się zachować nieco więcej ciepła.Przyłożył nos do ziemi, zastrzygł uszami i rozpoczął poszukiwanie potencjalnego śniadania. Nie minęło dużo czasu, aż zwęszył trop niewątpliwie należący do zająca. Zapach ofiary zdecydowanie podsycił jego głód; z kiszek lisa dobiegało teraz głośne burczenie.Ron podążał za tropem, stopniowo zmniejszając swoją prędkość i starając się stąpać coraz ostrożniej, ciszej - w końcu zbliżał się do ofiary.W końcu udało mu się dostrzec zająca, który pasł się na polanie wśród uschłej trawy. Ale! Zając nie był tam sam.Całkiem niedaleko od niego dostrzegł dziwny kształt; stworzenie, jakiego nie widział nigdy wcześniej. Zwierzę wielkością dorównywało sarnie, jednak zdawało się być znacznie masywniejsze. Białe ciało pokrywały duże, brązowe łaty, jak u niektórych wiejskich kundli. Ron jednak wiedział, że nie jest to pies.Stworzenie zdawało się nie być zainteresowane zającem. Uważnie przyglądało się czemuś znajdującemu się przy ziemi - być może była to jakaś roślina lub owad, który zgapił się z zimowym spoczynkiem.Ron, ignorując głód, podszedł na odległość około piętnastu metrów od stworzenia, płosząc tym samym zająca, nie przejął się jednak ucieczką niedoszłego śniadania. Zżerała go ciekawość, a najeść będzie mógł później.Nie wiedział jednak, jak ma postąpić ze stworzeniem. Czy jest inteligentne? Drapieżne? Terytorialne?Wolał zachować bezpieczną odległość, która pozwoli mu uciec w razie, gdyby okazało się, że zwierz nie ma przyjacielskich zamiarów. Jako, że nie chciał zbłaźnić się sam przed sobą, odzywając się do stworzenia, które być może nie jest na tyle inteligentne, by znać mowę, po prostu kichnął, by zwrócić na siebie jego uwagę.Stwór podniósł łeb i spojrzał Ronowi prosto w oczy...

Eros?

sobota, 25 listopada 2017

-Powitajmy Ron'a!-

 
Oto nasza nowa postać!
 
Ronald
 
 
Znajdziecie ją w odnośniku "Samce".
 
 
~Mam nadzieję, że miło spędzisz z Nami czas!