Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Umbra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Umbra. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 marca 2018

Od Umbry (CD Ron) - "Ciekawość pierwszym stopniem do piekła"

Odetchnął głęboko, myśląc "Pora na twój raport, Ron". Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek wysokiego, stabilnego drzewa, względnie głazu, lub czegoś tam jeszcze - Byleby był w stanie wypatrzyć stamtąd swojego Posłańca.


Popełnił błąd, nie wyznaczając czasu, ani miejsca spotkania. Teraz odnalezienie Rudzielca będzie jeszcze trudniejsze, wszak pozwolił sobie tego dnia na krótki spacer po okolicach krainy. Mógł być tak naiwny i uciec, ale szczerze w to wątpił - Potrafił dostrzec błysk przerażenia, w jego ślepiach, potrafił zauważyć, iż mięśnie lisa napięły się, gotowe do ucieczki, ale jego prymitywny umysł był tak sparaliżowany strachem, o swoje własne, jeszcze prymitywniejsze życie. "Śmiertelnicy, to takie ameby..." - Skwitował bezgłośnie, przed teleportacją na upatrzony, wysoki okaz jakiegoś drzewa. Gdy to nie poskutkowało, spróbował dociec drogą najzwyklejszej dedukcji, gdzie może znajdować się lis. "Skoro nie mógł być aż tak głupi, by uciec..." - Myślał gorączkowo, materializując się co chwila na innym drzewie. - "... to albo wciąż śledzi tę dziwaczkę, albo wymyślił sobie jakiś punkt, w którym domniemał, iż on sam może się znajdować." - Skrzywił się, gdy noga wyślizgnęła mu się spod gałęzi i tylko cudem wdrapał się na nią z powrotem - "Miejsce, gdzie odpoczywał, gdy po raz pierwszy go zobaczył? Nie, nawet on nie był w stanie określić, gdzie to się konkretnie znajduje, a co dopiero ten lis. Więc może jezioro? W jego okolicach doszło do tej całej umowy, Rudzielec musiał je zapamiętać, nie wyglądał na aż tak pozbawionego rozsądku.".


Obierając sobie jezioro za cel, pomyślał o jego spokojnym nurcie, o szeleszczących ospale krzakach i drzewach, o pojedynczych kamieniach, rozłożonych nierównomiernie na podmokłym gruncie. Teleportacja, gdy nie miało się żadnego konkretnego, ściśle określonego punktu odniesienia, jak wielki głaz, lub obalone drzewo, należała do najtrudniejszych. Nigdy nie wiesz, gdzie konkretnie się znajdziesz, bo niby w jaki sposób? Na szczęście on materializował się gdzieś w ten iście niepewny sposób już tyle razy, że chyba potrafił - Nie kłamiąc - nazwać się amatorem w tej dziedzinie.


Tak też, wracając - Pomyślał o jeziorze. Biel spowiła mu wizję, żelazna pętla przydusiła, na sekundę uniemożliwiając mu zaczerpniecie powietrza - Domyślał się, że między próbą materializacji, a znalezieniem się w konkretnym miejscu, lądował w bliżej nieokreślonej, pozbawionej powietrza, próżni, a pętla, była tylko swoistym efektem ubocznym tego przywileju - ale nie zdołał nawet próbować zaczerpnąć tlenu, a stał przy jeziorze. Może nie w tym miejscu, w którym konkretnie pragnął (O ile można powiedzieć, że pragnął znaleźć się w jakimś konkretnym miejscu), bowiem "zniosło go" trochę na ubocze, przez co zanim dotrze do wody, musi wykonać parę kroków (Co - W jego przypadku - było prawdziwym utrapieniem), ale przynajmniej trafił tam, gdzie wstępnie chciał  Jestem mistrzem złożonych zdań, wiem xd .


Dostrzegł oddaloną sylwetkę lisa, który stał, jakby sparaliżowany, pośrodku wydeptanego kręgu trawy. Zamruczał cicho pod nosem - Jeden punkt dla umiejętności rozumowania i dedukcji dla Umbry. Lis posłyszał ten pomruk, bo widać było, jak jego uszy nagle stanęły na sztorc, ale nie ruszył się. Stał, jak ten kołek. Bardzo go to denerwowało. Dlaczego śmiertelnicy, gdy się boją, nie pragną zrobić ze swym losem absolutnie nic, prócz stania w miejscu, zupełnie jakby myśleli, że drapieżnik jest wymarłym Tyranozaurem i zwraca uwagę tylko i wyłącznie na ruch i ciepło, wydzielane przez ciało? Mogliby skoczyć, krzyknąć, próbować uciec, cokolwiek, żeby udowodnić, że wewnątrz nich tkwi jeszcze jakaś cząsteczka, łaknąca fizycznej egzystencji, ale nie. Woleli stać, lub zgrywać upośledzonych intelektualnie, aby udawać, że zupełnie nie wiedzą o co chodzi, że nie potrzebnie się ich niepokoi, że właściwie powinno się od nich odejść, jak najszybciej, a potem, gdy usłyszą o tragicznej śmierci jakiegoś stworzenia, w szczękach bestii, mówić rzeczowym tonem znawców "Mógł uciekać, ja bym tak zrobił, co za idiota".


Ponownie z jego gardła wydostał się głęboki pomruk, ale nie był to pomruk samozadowolenia, jak wcześniej - Był to pomruk irytacji, mieszanej ze złością. Tym razem, przestraszony dźwiękiem Ron, zareagował natychmiastowo - Odwrócił się i wydukał coś podobnego do "U-umbra! Jesteś!".


- Oczywiście, że jestem. Czego się spodziewałeś? - Odparł groźnie. Postawa lisa zadziałała mu na nerwy i zepsuła humor, budowany przez cały dzień.


- No, ja... - Lis zaczął bełkotać coś zupełnie niezrozumiałego pod nosem, delikatnie odchylając się do tyłu, co, oczywiście, nie umknęło jego uwadze.


- Śledziłeś dla mnie Eros? - Warknął, zniecierpliwiony.


- T-tak! - Odparł z dumą lis.


- Więc czego się boisz?


Ronald ponownie zastygł i odwrócił wzrok, lekko zadumany. Och, czyżby sam nie wiedział, co jest powodem jego strachu? Na pewno wiedział, nie był skończonym głupcem, musiał wiedzieć, jak ukierunkować swe emocje, aby robiły to, na co miał ochotę. A może był to kolejny przywilej, który przypadł tylko jemu, jako strażnikowi zegarka? Cóż by to było za wyróżnienie. Od zawsze przepadał za swoim opanowaniem - Nigdy go nie zawiodło. Pozwalało mu nie tracić głowy, myśleć logicznie, być ponad śmiertelniczy strach... Nigdy nie stracił głowy dla kogoś, lub czegoś innego, niż zegarka - Jego małej obsesji. To bardzo pomagało mu być nim. Umbrą, który nigdy nie traci głowy.


- Wybacz... Chyba nie powinienem... - Podsunął Ron, prostując się lekko. - Wszak realizowałem twoje polecenia, Umbro. Robiłem to...


- Wróćmy do tematu - Uciął mu. - Gdzie aktualnie jest Eros?


- W jaskini - Odparł nieco urażony Rudzielec. - To dość daleko na zachód.


Kiwnął krótko głową, notując, że dla własnego bezpieczeństwa odnajdzie sobie siedzibę, oddaloną jak najbardziej na wschód.


- Co robi? Gdzie się zapuszcza? Dokąd? - Pozwolił sobie zadać z góry serię najbardziej dręczących go pytań.


- Właściwie nic ciekawego... - Odrzekł z wyraźną niechęcią lis. -... zapisuje coś w swoim kajecie, o roślinach, które spotka, albo wymienia uprzejme uwagi ze zwierzętami. Rzadko poluje, zabija od razu, nie sprawia bólu. - Skrzywił się lekko, gdy dostrzegł podobieństwo w swojej taktyce łowieckiej i tej dziwaczki. - Dużo pije, robi sobie wycieczki, ogląda słońce... Myślę - Zagaił nieśmiało lis, ośmielony faktem, że dotąd mu nie przerwał. - że raczej nie ma sensu jej śledzić... C-chyba nie jest jakimś szczególnym za-zagro... -Tu urwał, widząc jego minę.


- Nie jest szczególnym zagrożeniem... - Powtórzył, udając zadumanego, starając się jak najlepiej ukryć i nie dopuścić do ujrzenia światła dziennego ataku zimnej furii, która kipiała wewnątrz niego. - A czy może próbowałeś ruszyć kiedyś ten swój tępy, lisi mózg? No dalej! Powinien do tego służyć! Postaraj się, Ronald! - Wycedził, coraz bardziej zbliżając się do Rudzielca.


Ron pokręcił szybko głową, jednocześnie urażony i przerażony własną głupotą. Zaczął się cofać, jęcząc pod nosem ("N-nie! J-ja już p-pójdę z-za nią! J-ja nie b-będę więcej! PRZEPRASZAM!"). Bezczelne, ziemskie ignoranctwo! Nie mają pojęcia, z czym mają do czynienia, ale bezustannie mielą ozorem, przekonani o własnej racji! Och, jak krótko zajęło mu przejrzenie na wylot tej prymitywnej nacji, a oni sami nie są w stanie wytknąć samym sobie własnych błędów i w końcu zamknąć pysk na kłódkę! To chyba nie takie trudne - Nie wiesz, o co chodzi? Nie pytaj! Siedź cicho i nasłuchuj! Sam się domyśl, bo nikt nigdy nie powie ci, co masz robić! Sam masz do tego dojść!


Zawarczał cicho, napierając wciąż na lisa, który przestał się cofać, bowiem zmusiłoby go to do wkroczenia do wody. 


- Nie umiesz? To słuchaj: Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, jak potężny jest przedmiot, który dzierżę w pysku. Jest on wam obcy, nieznany, niebezpieczny i podejrzany. Wiesz, co się dzieje z podejrzanymi? Skazuje się ich, próbuje się dowieść ich zbrodnię w obawie, przed nieodkrytym. Wyobraź sobie, więc, że wszyscy nagle dowiadują się, że Pan Umbra zstąpił z nieba, mając w swym posiadaniu coś, co może przesądzić o losie Świata. Stworzenia są ciekawe, ciekawość rodzi zazdrość, zazdrość rodzi złość, złość rodzi spory, spory rodzą śmierć, śmierć rodzi pustkę, pustka się zapętla, nie ułaskawiając nikogo. Przedmiot, który ma was ratować, staje się waszym zabójcą. Co czujesz? Nic nie czujesz, bo jesteś martwy, ale gdybyś mógł, to czuł byś się o-szu-ka-ny! Ale nagle, jeszcze przed tym wszystkim, zakładając, że jakiś idiota nie rozpowie, o istnieniu niejakiego Umbry, Umbra siedzi w ukryciu, odpoczywa, po próbie uratowania waszej nędznej nacji. Spotyka go narwana przewodniczka stada, bezustannie szczebiocząca. Umbra dla spokoju mówi jej, kim jest i co ma w swym posiadaniu, oczywiście bez szczegółów, a ona jest ciekawa. Pamiętasz, co początkuje ciekawość? Jest pierwszym stopniem do piekła! Nieuważna naiwniaczka wypapla coś zaufanej sąsiadce, ona drugiej, druga trzeciej, trzecia czwartej, czwarta piątej, szósta siódmej, siódma ósmej, ósma dziewiątej, dziewiąta dziesiątej i tak dalej! To prowadzi do wcześniej wspomnianej zagłady, a ja nie mogę nic z tym zrobić, bo i tak nie jestem za to odpowiedzialny. Ale ty i tak, gdy jesteś martwy, ale jakimś cudem możesz coś czuć, czujesz się oszukany. Przez kogo? Przeze mnie. - Spojrzał ze wściekłością na lisa. - A TERAZ IDŹ ŚLEDZIĆ DLA MNIE EROS! ZA TYDZIEŃ WIDZĘ CIĘ TU O WSCHODZIE SŁOŃCA!


Ronald odbiegł, po raz kolejny robiąc to cudem, bowiem musiał być już zmęczony. Ale teraz nie było mu go żal, jak wcześniej. Teraz chciał rozszarpać cały Świat na strzępy.






<1479 słów + Odpis tego samego dnia= 30 Divitae>
Ron? :>

piątek, 16 marca 2018

Od Umbry (CD Liar) - "Nieustający, głęboki szum"

Zadrżał, gdy ostry wiatr ponownie bezczelnie potargał mu sierść, przy okazji jeżąc wszystkie włosy na grzbiecie. Od dłuższego czasu błądził po tym lodowym pustkowiu, wciąż zbyt osłabiony, by próbować się gdziekolwiek teleportować, a zbyt uparty, aby odpuścić sobie wędrówkę przez mróz i powrócić do jaskini Wolferoon'a... Z resztą, teraz i tak nie byłby w stanie jej teraz odnaleźć, wszak gęsta, niczym niezmącona wichura śniego-lodu zacinała mu ostro w czaszkę. Gdzieś w oddali rozbrzmiał dudniący, niski ryk stworzenia, które ewidentnie starało przedstawić siebie, jako dominatora. Nie zamierzał mu w tym przeszkadzać, co więcej - W ogóle nie chciał się z nim spotkać. Czym prędzej, więc, zaczął ponownie przeć przez zamieć. W oddali zamajaczył kształt wielkiej, lodowej góry. Uznał ją machinalnie za swój najbliższy punkt "do zdobycia" i skierował się w jej stronę. Gdy już ją mijał, zadowolony, iż osiągnął cel, powoli starając się upatrzeć kolejny, coś podejrzanie "chrupnęło". Przerażony tym niepokojącym dźwiękiem spojrzał w górę. Teraz już nie miał wątpliwości - Góra zaczęła osuwać się, wprost na niego. Spróbował pobiec, ale nie dość, że nie był (i prawdopodobnie nigdy nie będzie) na siłach do krótkodystansowego "maratonu", to jeszcze brodził w śniegu, pod sam brzuch, a każdy jego członek pulsował i szczypał z zimna. Nie pozostało mu nic, prócz teleportacji. Skupił się całą swoją siłą woli, na oddalonej, śniegowej-nicości... Ale góra już rozsypywała się na ogromne płaty, zdolne zmiażdżyć jego ciało... Horyzont był zamazany, jeszcze bardziej oddalony, niźli zwykle... Jeden kamień, zdołał łupnąć już o ziemię, trzęsąc nią, zwalając go z nóg... Horyzont, śnieg, góra... Biel spowiła mu wizję, pętla poddusiła, a gdy odzyskał zdolność widzenia, ujrzał... Właściwie nie ujrzał nic, prócz dwóch ogromnych, stosunkowo płaskich kamieni, które spadły prosto na jego ciało.


~*~*~


Nie potrafił sprecyzować, kiedy konkretnie to się stało, ale niezmącona ciemność, rozpłynęła się i rozmazała, ukazując mu dla odmiany perłowo-białą, wszechobecną masę, zdającą się pokrywać cały Świat. Chwilę jeszcze trwał w tej samej pozycji, nie wiedząc za bardzo, czy to tylko okrutny sen, napastujący go po śmierci, czy też na prawdę udało mu się przeżyć. Nie robił nic, prócz rozglądania się na boki, a właściwie, to nawet chciał coś zrobić, ale ciało (najwyraźniej oszołomione) odmawiało mu posłuszeństwa, nie robiąc sobie kompletnie nic z sygnałów, wysyłanych z mózgu, o treści "Wstań!", "Ruszaj się!", czy chociażby "Podnieś łapę".


- Stworze?! - Ciszę, przerywaną tylko świstem zamieci (przed którą chroniły go kamienne płaty), rozdarł nagle krzyk. Szorstki krzyk, choć ewidentnie należący do samicy. Pamiętał ten głos. Och, tylko nie ten Woolferoon!


Próbował zamknąć oczy (co było stosunkowo trudne, jeśli nie ma się powiek), albo zmusić organizm do ponownego zemdlenia, ale nie poskutkowało (a to ci niespodzianka!). Chrząknął, więc tylko niezgrabnie, w ostateczności pozwalając "Liar'rze" się wybawić. Przyniosło to oczekiwane skutki. Już chwilę później, bowiem, samica najwyraźniej ujrzała jego wystające spod kamieni kończyny i przepchnęła kamienie na bok. Podciągnął się z ziemi, ale nagle zakręciło mu się w głowie, więc ponownie spoczął na zimnym, nieprzyjemnym gruncie. Zamieć ponownie maltretowała jego pysk. Może mu się zdawało, ale zegarek skuł się już lodem i nie kręcił, pod wpływem wiatru. Wciąż, jednak tykał i brzęczał cicho, co oznaczało, że nawet ekstremalne warunki pogodowe nie są w stanie mu zaszkodzić. "I dobrze." - Pomyślał, zerkając na Liarrę, która chyba szukała jakiegoś sposobu, żeby go przetransportować, ale nie słyszał ani jednego jej słowa. Nie słyszał absolutnie nic, prócz nieustającego, głębokiego szumu w przewodach słuchowych. - "Nie będzie tak łatwo unicestwić Ziemi".


Nagle samica się do niego odwróciła i chyba coś mówiła. Szum, jednak, skutecznie zagłuszał jej całą wypowiedź, jak i resztę dźwięków. Gdy spojrzała na niego wyczekująco, on spróbował powiedzieć "Absolutnie nic nie słyszę", choć ciężko było wydedukować czy mu się to udało, czy nie. Samica wymamrotała coś, patrząc na niego. Z ruchu jej pyska i języka, wstępnie wyczytał, że mówi ona "Niedobrze...". Faktycznie niedobrze. Czy istniało prawdopodobieństwo, że zostanie głuchy do końca życia? A może ten szum, to jednak dobry objaw, świadczący o tym, że przynajmniej COŚ jest w stanie usłyszeć, a później jego stan zacznie się polepszać? Westchnął cicho. Dostrzegł, że Liarra odwraca się. Chce go zostawić?


Spróbował wstać i krzyknąć "Wracaj!", ale ponownie fala bólu przeszyła jego czaszkę, powodując, że Świat niebezpiecznie zawirował. Bezwładnie legł na ziemi. Gdy już utracił nadzieję na to, że samica wróci, a zaczął oswajać się z myślą, że to ostatni dzień jego fizycznej egzystencji, dostrzegł jej kształt, majaczący w oddali. Kiedy mógł już dojrzeć, co dzierży w pysku, przy okazji wlekąc za sobą, przekonał się, że jest to półkolista kłoda, od której odrasta długa, dość solidna gałąź, którą właśnie trzyma między zębami Liarra.


"Mam na to wejść?" - Wyszeptał, a przynajmniej spróbował. "Tak." - Odpowiedziała, podstawiając mu kłodę pod pysk.




<777 słowa = +15 Divitae>
Liar? c:

niedziela, 4 marca 2018

Od Umbry (CD Ron) - "Milczący i niezapamiętany"

Pochylił się nad niezmąconą taflą jeziora. Zadanie, które powierzył lisowi nie mogło trwać aż tak długo, więc musiał on zboczyć z drogi. Z niesmakiem poderwał łeb - Zaufał lisowi, a w zamian otrzymał jawną niesubordynację. Postanowił, jednak dać mu szansę. Był, w końcu, tylko śmiertelnikiem, pełnym śmiertelniczych słabości, zwyczajów i lękliwości przed nieuniknionym - śmiercią. Może, więc specjalnie się ociągał, ażeby przedłużyć swoje chwile, w których nie będzie musiał podróżować u jego boku. Nie miał zamiaru, jednak, puszczać mu tego płazem, wszak taki przychylny gest mijałby się z celem - Tylko stworzenia, które choć odrobinę się kogoś boją, żywią do niego szacunek.


Już miał zamiar zacząć go szukać - Cierpliwość powoli mu się kończyła - ale nie spostrzegł się, a lis wypadł zziajany, spośród gęstej kępy ciernistych krzewów. Wyraźnie widział jego pełną samozadowolenia minę, gdy biegł ku niemu. W pysku dzierżył dwa zajączki-oseski, które zapewne zostawiła nieostrożna matka, bądź pozbył się jej sam lis. Lecz ponownie nie zdołał wykrztusić ni słowa, czy w jakikolwiek inny sposób zareagować, a "Ron" potknął się o wystający korzonek i spektakularnie wyłożył na ziemi, miażdżąc jego potencjalny posiłek.


Zdusił w sobie gniew, próbując podchwycić spojrzenie Posłańca. Gdzieś w kącikach jego oczu zalśniły łzy bólu i upokorzenia, ale po kilku mrugnięciach zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. W tym samym momencie lis podniósł wzrok. Patrzył na niego, jakby z góry był gotów przyjąć każdą karę, jakkolwiek nie byłaby ona krzywdząca. Miał ochotę wydąć nozdrza, rzucić mu groźne spojrzenie, lub chociaż zmarszczyć pysk, ale nie był w stanie tego zrobić - Po raz pierwszy w życiu tak bardzo zabrakło mu obecności żywych tkanek, podlegających jego kontroli.


- Długo zajęło ci przybycie tutaj - Wydusił, po chwili wewnętrznej walki, głosem ociekającym gniewem i zawodem. - Zdecydowanie dłużej, niż powinno.


- U-umbro... - Wykrztusił lis, powstając i krzywiąc się mocarnie. - J-ja chciałem przynieść ci podarek... - Rzucił żałosne spojrzenie na zmasakrowane ciałka zajączków.


- Jak widać - Wycedził, starając się zachować spokój. - zrobiłeś to nadaremno. - Wyprostował się, groźnie kołysząc zegarkiem. - Zignorowałeś moje polecenie. Udałeś się gdzieś indziej, niźli ci nakazałem. Miałeś być posłusznym sługą, a jesteś knąbrnym, zapatrzonym w swoje własne potrzeby futrzakiem. Pamiętasz, co miało się stać, jeśli nie będziesz wypełniał moich dyrektyw? - Z każdym słowem "Ron" zdawał się coraz bardziej kurczyć w sobie, a przy ostatnim zdaniu podskoczył, jakby nagle ktoś podpalił mu łapy.


- Nie! To znaczy... Pamiętam, Umbro...! A-ale ja chciałem dobrze! Chciałem tobie dogodzić, zrobić dobre wrażenie! J-ja po prostu nie zauważyłem tego przeklętego korzenia! Wybacz mi, błagam!


Prychnął kpiąco, tym razem nie dając rady stłumić tego w sobie. Cały drżał z wściekłości. To wszystko, to same kłamstwa, łgarstwa śmiertelników, dbających wyłącznie o własny interes. To wszystko, to tylko marna powłoka, wewnątrz której wciąż trwała cała kapryśność, humorzastość i ogłada lisa, a on myślał, że jako syn Czasu i Śmierci, on sam, nie zdoła się przez nią przedrzeć. Uważał go za naiwniaka, tępego brutala, którego spławi, przy najbliżej okazji, a jeśli będzie miał odrobinę szczęścia - Nawet zgładzi. Chorobliwe zapatrzenie w siebie, słabość, miłość i wiara w niestworzone rzeczy, doprowadzą tę planetę do zagłady, podobnie jak ludzi. Tyle, że te stworzenia zdołają wyciągnąć wnioski i lekcje ze swojego irracjonalnego postępowania, owszem. Ale wtedy, kiedy będzie już za późno. Kiedy on sam uchyli drzwi Świątyni, ale zamiast poczuć się dziwnie lekkim, zamiast dojrzeć, iż biel spowija jego wizję, zamiast odlecieć ku Ziemi, czując, jak żelazna pętla go dusi, on wyjrzy przez te wrota i dojrzy kataklizm. Jego wrażliwy słuch wyłapie każdy jęk bólu, każdy wybuch i każdy krzyk. Jego wzrok dojrzy jęzory ognia, zachłannie oplatające planetę, dojrzy setki asteroid, komet i innych wymysłów galaktyki, które bezwstydnie przebiją się przez atmosferę i zaczną uderzać w Ziemię. Jego węch wyłapie duszącą woń dymu, krwi i agonii wszelkich znanych mu istot, ta woń go owije i ostatecznie uświadomi o kresie znanego mu Uniwersum. Natomiast cały organizm wyczuje piętno, odciśnięte przez samą Śmierć na mieszkańcach Zielono-Niebieskiej planety. Wtedy skończy się jego misja i podróż, zwana istnieniem - Wtedy, gdy jego serce będzie boleśnie krwawić i wołać o szybką śmierć, gdy jego oddech sam zaprzestanie się ponawiać, z poczucia wewnętrznej beznadziejności i bezsilności, gdy zapachy, oszołomione tragedią, jaka miała miejsce, skończą przyjemnie wdzierać mu się między nozdrza, gdy jego wzrok stanie się przyziemny, w równym stopniu, jak śmiertelniczy. Och, a najokropniejsze z tej całej makabryczności będzie to, że on wyczuje, kiedy nadejdzie moment, w którym Planeta będzie miała zostać unicestwiona. On, zbyt przerażony i zamknięty w sobie, zaszyje się w Świątyni, będzie chciał rozedrzeć się na strzępy, leżeć, biec, płakać i popełnić samobójstwo w tym samym, jednym momencie. Iście okropnie jest to wszystko wiedzieć. Ta świadomość to błogosławieństwo i przekleństwo w jednym.


A tymczasem ten śmiertelnik próbuje wymusić na nim łaskę. Za późno na łaskę. Czas dorosnąć, istoty.


- Nie ma mowy. Od tej chwili każde twoje, nawet najdrobniejsze, wykroczenie, równać będzie się śmierci. Nie jest potrzebne ci wybaczenie, doskonale radzisz sobie i bez niego. A teraz powierzę ci najważniejszą misję, jaka kiedykolwiek mogła ci przypaść, a jeśli z niej się odpowiednio nie wywiążesz, czeka cię coś o wiele gorszego, niźli zgon.


Ronald podskoczył, autentycznie przerażony. Żałował, że nie może włamać się teraz do jego myśli, przekazać mu wszystkiego, o czym on nie ma pojęcia i nawet nie stara się tego dowiedzieć! Chciał mu dokładnie opowiedzieć, jak słabą i kruchą jest Ziemska nacja, jak zadufaną i naiwną jest Planetą. Ale nie mógł. Poprzysiągł dyskrecję, wobec wszelkich innych stworzeń. Nawet swojemu pobratyńcowi, komuś tej samej rasy, nie mógł powiedzieć nic o kataklizmie. Coś w rodzaju tajemnicy zawodowej.


- Śledź dla mnie Eros, Ron - Wymusił na sobie użycie jego imienia. W ostateczności było mu go nawet trochę żal. Zakończy swoje istnienie milczący, niezapamiętany, nic nie znaczący, wśród miliardów innych lisów. - I raportuj mi o jej położeniu.


Lis kiwnął głową i odbiegł, nie zważając na własne zmęczenie. Może w ostateczności nie jest aż tak okropnym posłańcem?


Pokręcił głową i odwrócił się, zdziwiony własną przychylnością. Dostrzegł w oddali wierzchołek wysokiego, rozłożystego drzewa. Bez większego namysłu zmaterializował się na nim i bezmyślnie zapatrzył w dal. Czym jest jego własne istnienie, wobec potęgi mieszkańców Ziemi? Czym zasłużyli sobie na tak okropną śmierć? Może nie była ona bliska. Ta Planeta wyda jeszcze wiele, wiele plonów. Czuł to i skrycie tego pragnął, wszak gdzie indziej mógłby się odnaleźć? Nie miał zamiaru spędzać wieczności w Świątyni. Oczywiście, o ile dane mu będzie przeżyć kataklizm. O ile sam siebie nie wykończy od wewnątrz. Odetchnął głęboko rześkim, wiosennym powietrzem. Wtem ciemność zalała mu wizję.




<1084 słowa = +25 Divitae>






Ronnie? :>

piątek, 2 marca 2018

Od Umbry - "Bezczelna Ruda Kita"

Włóczenie się po terenach stada, którego się nie zna i naumyślne unikanie Alfy nie było lekkim kawałkiem chleba. Ta przeklęta Eros była dosłownie wszędzie, to siedziała i gapiła się w nurt rzeki, z której chciał się napić, to polowała na to samo zwierzę, które on sobie upatrzył. Zupełnie, jakby nie miała co innego do roboty, na Boga, była przecież Alfą! Zwierzętom zawsze było "mało", czy też "niedobrze", stąd też winny właśnie do niej zgłaszać się ze swoimi skargami! A ona po prostu hasała sobie po terenach własnego stada, jak gdyby nigdy nic, i utrudniała mu funkcjonowanie. Już nie raz tak się przestraszył na jej widok (nie, że ogólnie jej się bał, po prostu MUSIAŁ jej unikać... On, przecież, niczego się nie boi...), że teleportował się w zupełnie sobie nieznane miejsce i nie miał pojęcia, co ze sobą począć. Pewnego dnia, gdy dostrzegł ją kątem oka przy drzewie, na którym odpoczywał, zerwał się z gałęzi (co chyba jasne, nie potrafił się wspinać, ani nie miał zbytnio takiej możliwości, więc skorzystał ze swej unikatowej umiejętności materializacji w miejscu, w którym zażyczył sobie akurat przebywać, obierając za cel akurat tą gałąź) i teleportował się do jaskini niedźwiedzia (nie miał pojęcia jak, doprawdy, nigdy nawet tej jaskini nie widział, a więc jak udało mu się skupić swoją wolę na tym miejscu? W dodatku, ta deportacja była poza jego kontrolą - wcale nie starał się szczególnie zmaterializować w bezpieczniejszym miejscu) i tylko cudem wymknął się spod jego wielkich, zwieńczonych ostrymi pazurami łapsk. Jakby tego było mało, stworzenia, którym udało się go zauważyć, a potrafiły mówić, chyba przekazały tej całej Eros, że uraczył obecnością swojej szlachetnej osoby przynależące do niej tereny.


Westchnął ciężko, wyciągając łapy do przodu. Znajdował się aktualnie na gałęzi dębu, który wyglądał na dość solidny, ażeby uznać go za idealne miejsce do odpoczynku. Konar, jaki przeznaczył sobie za sypialnię na dzisiejszą noc (nigdy nie siedział w jednym miejscu dłużej, niż dwa dni.. Kto wie, czy ta przeklęta Eros nie zaczęłaby go śledzić), znajdował się dość wysoko, aby widzieć wszystko, co dzieje się niżej oraz, przy ewentualnym upadku, nie umrzeć na miejscu... W ostateczności poważnie pogruchotać sobie kości. Złożył łeb na niedbale zarzuconych na siebie przednich łapach, myśląc, czy długo jeszcze ma zamiar pozostać w tym Śmiertelniczym Świecie.


Z jednej strony podobało mu się tu - Przytłaczająca sterylność i czystość Świątyni, znudziłyby chyba każdego, po dłuższym czasie. W dodatku tam było okropnie nudno, a on nie był aż tak stary, by nie chcieć się "wyszaleć" w tych młodych dla jego organizmu czasach. Ale z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że musi w końcu oddać się medytacji, zamiast wiecznie czerpać, niczym nieznośny robak, z plonów wydawanych przez tę planetę. A nawet jeśli powróci, to na jak długo? Czy doprawdy zamierza zmarnować kolejne dziesięć lat na siedzenie w Świątyni Czasu?


Och, śmiertelnicy nie zdają sobie sprawy, ile mają szczęścia, nie musząc przejmować się niczym innym, poza interesem swoim, względnie swojej rodziny. Na jego barki złożony został ciężar całej Ziemskiej społeczności, a on nigdy o to nie prosił. Nie pragnął zostać prymitywną imitacją bożka, poprzez dbanie o zegar, o wszelkie istoty, o rośliny, o wszystko inne, co kiedykolwiek zaistniało na tej planecie, bowiem to od niego zależy, jak szybko czeka ją kataklizm.


Zadrżał, gdy jego sierść zmierzwił delikatny wiatr. Był on lekki, odżywczy, oczyszczający. Był zwiastunem rychłego przybycia wiosny. Spojrzał z wyższością na częściowo stopniały śnieg. "Czeka cię prędki koniec" - Pomyślał.


I wtem ciemność spowiła jego wizję, sprowadzając do jego umysłu sen. Sen pełen zegarów, krzyków, jęków bólu, wybuchów i kataklizmów.


~*~*~


Ciemność rozgonił niespodziewany jazgot. Wrzawa obfitowała w szamotanie skrzydeł oraz serię głośnych warknięć i lisich "szczeków", w akompaniamencie szelestów gałązek i liści. Ze zgorszeniem podniósł łeb - Śmiertelnicy byli irytujący, nigdy nie mogli zapewnić swojej zwierzynie szybkiej, godnej śmierci, tylko wykańczali ją powoli, przy okazji zakłócając względną ciszę dźwiękami, towarzyszącymi konającej zwierzynie. Ten ptak akurat zdawał się być szczególnie twardy i nie dawać za wygraną, bo wciąż przez las niosło się szamotanie jego skrzydeł i szelest krzaków. Podskoczył, gdy zza pobliskiego, wyjątkowo pokrytego liśćmi, krzewu wyskoczył bażant, rozpaczliwie próbujący poderwać się do lotu, a w jego ptasi ogon (potrząsnął łbem, by upewnić się, czy dobrze widzi) wgryzł się lis. Wola życia ptaszyska musiała być wyjątkowo ogromna, bo ciągnęło ono drapieżnika po ziemi, który próbował wszczepić pazury w grunt, ale zamiast tego zostawiał za sobą tylko ślady swoich pazurów.


Cała ta sytuacja mogłaby zdawać się być komiczna, ale on, zamiast marnować czas na śmiech, spróbował wypatrzyć cień szansy dla swojego wołającego o strawę żołądka. Jeśli nawet lis się zmęczy, to bażant będzie zbyt wyczerpany, aby próbować wzbić się w powietrze. Wtedy mógłby wkroczyć on - Zmaterializować się przed ptakiem i zacisnąć szczękę na jego głowie, na dobre odbierając mu możliwość poruszania się.


Jak zaplanował, tak zrobił. Przez dłuższą chwilę teleportował się z drzewa, na drzewo, byleby nie zgubić wciąż walczącego o życie ptaka, ale w pewnym momencie w oddali zawył wilk, dekoncentrując lisa, który spłoszony poluźnił ścisk swych szczęk, tym samym uwalniając ptaszysko. Rudzielec pisnął, przez siłę rozpędu, jaką nadał mu ptak, przekoziołkował metr do przodu, po czym wpadł do jakiegoś bliżej nieokreślonego rowu. I tu do gry wchodził on - Cichy zabójca.


Skupił się na miejscu, do którego za kilka sekund dobiegnie wciąż nieświadomy swej wolności bażant, pozwolił pętli zacisnąć się na swej szyi, wstrzymując oddech, na ułamek sekundy biel spowiła mu wizję, ale potem stał już z rozwartymi szczękami, czekając na ofiarę, nieświadomą jego obecności. Ptak wpadł mu dosłownie między zęby, a on, nie czekając, zacisnął paszczę. Coś chrupnęło (przez jego ciało przeszedł przyjemny dreszcz, wywołany tym jeszcze przyjemniejszym dźwiękiem), ciało bażanta sflaczało i opadło, a ciepła krew trysnęła mu do paszczy. Chwilę upajał się jej doskonałym smakiem oraz swoją porażającą - jak na kogoś, kto nie umie polować - skutecznością, zaczynając rozumieć, dlaczego drapieżcy tak przeciągają śmierć swych ofiar. To uczucie samozadowolenia i perfekcji, w połączeniu z cudownym smakiem krwi, przyprawiała go o silne, niekontrolowane dreszcze.


Westchnął, wypuszczając z pyska ciało bażanta (zmasakrowana głowa nie wyglądała tak smakowicie, jak reszta jego korpusu), wraz z upapranym krwią zegarkiem. Pospiesznie zlizał z niego posokę i rozejrzał się wokół. Las był spokojny, nie wyglądało na to, że ktoś chciałby ukraść przynależący do niego święty obiekt. Mentalnie wzruszył ramionami i wgryzł się w ciało ptaka. Było urzekająco fenomenalne w smaku, więc łapczywie zatopił kły w zwłokach po raz kolejny. Wciąż pamiętał, jednak o przykrych konsekwencjach zachłanności i potem jadł już o wiele spokojniej.


Będąc w połowie posiłku, usłyszał gwałtowny szelest krzaków. Instynktownie zakrył łapą zegarek i poderwał łeb, wytężając słuch. To może być niedźwiedź, wilk, nawet jakieś zagubione Lamasu, to może być każda bestia, z którą w pojedynku nie ma najmniejszych szans, a był zbyt głupi i podniecony perspektywą posiłku, by pomyśleć o wciągnięciu łupu na drzewo. Odchylił się do tyłu, mimo wszystko gotów walczyć o bezpieczeństwo zegarka, ale zza krzaków wypadł zziajany... Lis. Mało tego - Ten sam lis, któremu właśnie sprzątnął posiłek sprzed nosa. W jego sierści było pełno gałązek, a ona sama upaprana była niemal w całości błotem ("Ten rów mógł być głębszy, niż podejrzewałem" - Pomyślał, skanując wzrokiem Rudzielca). Lis zastygł, dostrzegając, przed kim właśnie stanął. Kły, które szczerzył od kiedy tu dobiegł, ponownie zasłonił wargami i wytrzeszczył swe bystre, bursztynowe oczy. Sam nie zdążył warknąć, powstać, sapnąć, czy zrobić cokolwiek innego, a lis spłoszony zniknął między krzewami. "I dobrze" - Przeszło mu przez myśl, gdy tylko zorientował się, co się właśnie wydarzyło. - "Problem rozwiązał się sam".


Uznał, że głupio byłoby teleportować się na drzewo, tylko po to, by kontynuować posiłek, z którego nie zostało już zbyt wiele, więc zaczął dokończać bażanta, ale jednak wciąż łypał podejrzliwym wzrokiem, gdzie się da, by ewentualnie dostrzec zagrożenie, nawet zanim przyjdzie mu je usłyszeć. Ale nawet kiedy już skończył posiłek, wciąż czuł się obserwowany. Nie mógł, ani nie chciał dociec, od kogo pochodzi śledzące go spojrzenie, więc pospiesznie zgarnął zegarek do pyska i teleportował się na pobliskie drzewo.


Zastygł, obserwując ogołocony z mięsa szkielet. Mimo woli pragnął, by szpieg się pojawił, uznając, że on sam znajduje się już gdzieś daleko. I rzeczywiście. Z niedowierzaniem odnotował, że ta bezczelna Ruda Kita czekała, aby pożywić się resztkami jego posiłku. Stłumił w sobie prychnięcie. "Wąchaj, wąchaj. I tak nic tam nie znajdziesz." Lis westchnął, wyraźnie nachmurzony, gdy po przebadaniu szkieletu ptaka, nie znalazł na nim ani kawałeczka mięsa.


- Co za bezczelność... Sprzątnąć tak komuś posiłek sprzed nosa... - Zaczął mamrotać do siebie, wstając. - Co to właściwie było?  Ominął mnie jakiś Halloween'owy bar przebierańców? To coś było okropne, jakby ledwo żyło, takie było chude... I w dodatku bez oczu, goła szczęka... Okropne... - Cedził wciąż, prawie znikając w gąszczu krzaków.


Ale nagle jakaś nieuważna wiewiórka, upuściła swój żołądź, prosto na głowę Rudzielca. Syknął on cicho i poderwał łeb.


- Złaź tu, ty obrzydliwy bezczelu! - Wysyczał, podskakując w stronę wiewiórki, bezustannie kłapiąc zębami, jak jakaś imitacja krokodyla. - Złaź, pokażę ci twój nowy dom! W moim żołądku - Dodał ciszej, w przerwie między skokami.


"Ten lis, to jakiś narwaniec" - Pomyślał, patrząc, jak ten próbuje zaczepić pazury w korze drewna. - "Lepiej stąd szybko zwiewać, zanim i mnie zobaczy."


Jak pomyślał, tak zrobił. Ostrożnie postawił nogę do tyłu, na cieńszej stronie gałęzi i wtedy... TRZASK! zaczął bezwładnie opadać na dół. Coś zmusiło go do teleportacji na ziemię, więc zbyt zaskoczony, by wymyślić coś lepszego, udzielił na to swej milczącej zgody. Pętla pospiesznie go przydusiła, biel na mniej niż sekundę spowiła wizję, ale on już stał na bezpiecznej ziemi, oddychając ciężko.


Lis obrócił się w locie w jego stronę, co skutkowało bolesnym wykręceniem szyi i zwaleniem się z łoskotem na ziemię, wiewiórka pospiesznie czmychnęła, a on sam próbował wyrównać oddech.


- Kim jesteś? - Zapytał pospiesznie Rudzielec, kiedy udało mu się już wstać. - L-lepiej stąd spadaj, jasne? Nie boję się ciebie! - Zapewnił z groźbą w głosie, ale on sam z politowaniem zauważył, że ten próbuje szybko uciec.


- Nie próbuj uciekać... - Stwierdził cicho. - I tak cię znajdę... Nie masz najmniejszych szans.


Ta wzmianka wyraźnie uraziła lisa, ale zdawał się być zbyt przerażony, by próbować się odszczekać.


- Ale chyba nie chcesz mnie zabić, prawda? - Wykrztusił Rudzielec. - To znaczy... Tak wyśmienity łowca, jak ty... C-chyba nie potrzebuje posiłku, złożonego z takiego cherlawego lisa, jak ja? Prawda, o bestio? Wiesz, ja wręcz przeciwnie, ja mógłbym ci pomóc w polowaniu, znam k-kilka świetnych łowisk, pełnych smakowitych, tłustych zajęcy... Prawda, bestio?


Ale on już nie chciał słuchać jego nieumiejętnego wywodu, pełnego kłamliwych wychwał, tylko ruszył na Rudzielca, delikatnie otwierając paszczę, lecz wciąż dbając, by nie upuścić zegarka.


- Jestem kościsty! - Ryknął rozpaczliwie lis, rzucając się do ucieczki.


Skupił się na kamieniu, do którego za chwilę powinien dotrzeć lis. Teleportował się tam w idealnej chwili, by wyprężyć mięśnie i powalić zwierzę na plecy.


- Nie! - Jęknął tamten, gdy on sam już podduszał go łapą, gotów go w ten sposób zabić (wszak skoro lis ten umiał mówić, to istniało ogromne prawdopodobieństwo, że spróbuje wypaplać informacje o miejscu jego pobytu Eros, a wtedy musiałby zaczynać swoje ziemskie życie całkiem od początku). - Proszę, nie! Mam żonę i piątkę szczeniąt! Wszystkie do wykarmienia! Beze mnie zginą!


- Wyobraź sobie, że nie za wiele mnie one obchodzą... - Fuknął, próbując zacisnąć szczęki na jego szyi, ale on szamotał się tak rozpaczliwie, że jego ciało zdawało się być tylko zamazaną, rudą masą.


- Błagam, bestio, nie! Nie zabijaj... Nie najesz się! Jeśli tego nie zrobisz, zrobię co zechcesz! CO ZECHCESZ!


Zastygł. Lis ten wcale nie wyglądał na głupiego, wręcz przeciwnie, przydałby mu się taki sprytny, lisi sługa. Mógłby mu raportować o położeniu Eros, więc nie musiałby tak rozpaczliwie przed nią uciekać. Życie stałoby się wygodniejsze.


Cofnął się, a Rudzielec zbyt zaskoczony faktem, że jeszcze żyje, nie próbował uciekać.


- Masz, więc, być moim ziemskim... Posłańcem. Wtedy cię nie zabiję. Rozumiesz? - Zapytał ostro.


- T-tak! - Krzyknął lis, zrywając się na równe nogi. - Jestem twoim ogromnym dłużnikiem! Ogromnym dłużnikiem, bestio!


- Taak... - Mruknął przeciągle, rozglądając się. - Nie nazywaj mnie bestią. Nie jestem nią. Bestia, to potwór, zabijający bez powodów, dla własnej przyjemności, dla trofeów... Ja zawsze mam powód, nawet jeśli jest nim głód.


Zdawało się, że lis chce zadać pytanie "- Więc dlaczego mnie próbowałeś zabić?", ale w porę się opamiętał.

- Jasne, b... Jasne...! - Zakrzyknął Rudzielec. - A więc jak mogę zwać swego szlachetnego pana, hm?


- Umbra... - Odparł, po dłuższym zastanowieniu. - A ciebie jak wołają?


Lis podskoczył, z niewiadomych przyczyn.


- Ronald. Ron. Wszystko jedno... Ogromnym dłużnikiem...


Westchnął głucho.


- Umiesz szybko biegać?


- Najszybciej ze wszystkich lisów, Umbro! - Potwierdził, mniej gorliwie, niż przedtem, bowiem dostrzegł już chyba, że faktycznie nie zamierza go zabić, a co za tym idzie; Ponownie może stać się przebiegłym, chytrym lisem.


- To dobrze, bo ja się zwykle teleportuję. Widzisz jezioro oddalone o około kilometr stąd? - Zapytał.


- Uch, Em... Nie. A ty? Widzisz coś oddalone o KILOMETR stąd?


Puścił jego pytanie mimo uszu. Spróbował, tylko dokładnie ocenić, jak ma biec lis, by jak najszybciej tam dotrzeć.


- Więc masz biec około dwieście metrów na północ, zboczyć delikatnie na północny-wschód, potem całkiem wyrównać do wschodu... I dalej już chyba zauważysz, jak biec - Poinstruował go. Dał mu chwilę, żeby to zapamiętać, po czym odrzekł groźnym tonem: - Tylko nie próbuj uciekać. Znajdę cię i zabiję, bo nie potrzebny mi jest nie oddany posłaniec.


"Ani mi się śniło, Umbro" - Odrzekł tajemniczo "Ron", ale jego głos zlał mu się z próżnią, która przytłaczała słuch każdego, podczas teleportacji.






<2249 słów = +40 Divitae>
Ron? c: (Ależ się jożech rozpisała xd)



środa, 21 lutego 2018

Od Umbry (CD Liarra) - "Poszukując miejsca, gdzie można odpocząć"

Nie był w stanie czołgnąć się z ziemi, ani się teleportować, chociaż od "źródełka" dzielił go niespełna metr. Podpełznął, więc, tam, będąc ucieszony faktem, iż samica patrzy w inną stronę - Przynajmniej nie dostrzeże jego słabości i skrajnego wycieńczenia. W końcu znalazł się przy dziurze, zarzucił łbem, by łatwiej sięgnąć płynu i (tym razem ostrożnie, łykając wodę raz na pół minuty) opróżnił zawartość przygotowanej przez Woolferoon'a "misy".


Oparł głowę na pobliskim kamieniu i westchnął; Wciąż czuł się okropnie.


Samica wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, było to coś pomiędzy jękiem, a sapnięciem. Nagle zdecydowała, że nie chce dłużej siedzieć na tej dość wątpliwie stabilnej skarpie, podniosła się z ziemi i wlazła ospałym krokiem do jaskini, zerkając wszędzie, tylko nie na niego.


Pokręcił głową - Nienawidził być ignorowany, tylko i wyłącznie w wyniku czyjejś nieporadności, dotyczącej nieumiejętnego rozpoczęcia rozmowy.  Nie potrafisz zagaić - Nie mów nic. Kierował się tą zasadą przez całe życie, i tylko spójrzcie, jaki z niego okaz zdrowia! Wyczuwacie tu sarkazm? To dobrze, bo przecież jeszcze chwilę temu był święcie przekonany, że zdechnie w tej jaskini, a teraz nie był w stanie wykonać żadnego bardziej sensownego ruchu, niźli pokręcenie swoim łbem, który (jak zapewne wiecie) był gołą czaszką, osadzoną na wychudłym ciele.


- Jestem Liarra - Wypaliła, w końcu, patrząc na niego, jakby nie do końca wierzyła, że udało jej się cokolwiek z siebie wykrztusić, lecz w jej oczach wciąż czaiła się ta arogancka nuta zarozumialstwa.


Nie czuł potrzeby, by odpowiadać, więc skinął krótko łbem i zajął się kontemplacją wnętrza jaskini; Jej kamienne ściany gdzieniegdzie pokrywał lód, bądź coś na kształt mchu... Skąd on się tu wziął? Nie wiedział, ale możliwe, że ta niespotykana w górach wilgoć, spowodowana była gwałtownym, Ziemskim ociepleniem.


Zadrżał lekko, gdy lodowaty podmuch bezczelnie wdarł się do wnętrza kamiennej izby. "Liarra" to zauważyła i ze zdziwieniem zlustrowała go spojrzeniem.


- Zimno ci?


Doprawdy, śmiertelnicy zadają najgłupsze pytania, jakie kiedykolwiek obić się mogły mu o uszy. Są w górach, gdzie wieje lodowaty wiatr i pada jeszcze "lodowatszy" śnieg, siedzą w niczym nie ocieplanej, skutej po części lodem jaskini... Nie, ABSOLUTNIE NIE JEST MU ZIMNO.


Po raz kolejny uznał, że uwłaczałoby to jego godności, jeśli raczyłby jej odpowiedzieć.


Miarą tego, że samica wciąż trochę się go bała, był fakt, iż nie próbowała jeszcze wymóc na nim odpowiedzi.


Złożył łeb na łapie i pozwolił ciemności objąć troskliwie swą znękaną trudem istnienia sylwetkę.


~*~*~


Obudził się nagle, podobnie, jak przy zasypianiu. Po prostu poczuł, że jest dość wypoczęty, aby wstać i wynurzył się bezwładnie, spod ciepłej kołdry snu. Chwilę leżał jeszcze w tej niewygodnej pozycji - Podczas odpoczynku powyginał sobie dziwacznie kończyny - ale, w końcu uznał, że zaraz zaszkodzi ona jego i tak już "uszkodzonemu" ciału i powstał, jednocześnie odkrywając, iż ma dość siły, by chodzić.


Rozejrzał się po jaskini, szybko dostrzegając drzemiącą w koncie "Liarrę". Upewniwszy się, że samica twardo śpi (odchrząknął cicho), opuścił bez słowa kamienną izbę.


Chłodny wiatr zaczął igrać, wśród jego futra, targając je na wszystkie możliwe strony świata. Ze świstem wciągnął powietrze do płuc i udał się w dal, w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłby odpocząć. Nie męczony temperaturą, wiatrem, śniegiem, głodem i wycieńczeniem.








Liar? c:

wtorek, 20 lutego 2018

Od Umbry - "Oczekując na bezbolesną śmierć"

Okręcił się w miejscu, marząc, by gdzieś obok znajdowało się źródełko z czystą, orzeźwiającą wodą. Niestety, życie nie mogło oferować mu takich wygód, bo byłoby wtem zbyt piękne, aby być prawdziwe. Westchnął, odnajdując wzrokiem oddalone jezioro.


Wątpił, by jego delikatny żołądek z ochotą przyjął zanieczyszczoną wodę, i nie robił mu potem sensacji - Z pewnością będzie wymiotował, wyzbywając się w ten brutalny sposób zachomikowanych zapasów życiodajnej wody, ale cóż się dziwić; Narząd ten nie pracował od prawie dziesięciu lat.


 Zaplanował, więc, że najpierw zaczerpnie brudnej wody, a potem odnajdzie czyste, górskie źródło i tam już na dobre uzupełni swój zapas płynów. Jak postanowił, tak zrobił - Żelazna pętla zacisnęła się na jego szyi, ale już chwilę potem pojawił się przy brudnym jeziorze. Z jego bogactw korzystało już kilkanaście zwierząt - Niektórymi były zwyczajne sarny, a niektóre wyglądały na nieco bardziej uzdolnione, pod kątem magicznym. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę zbiornika wodnego.


Łania poderwała łeb, słysząc go, zastrzygła uszami, wytrzeszczyła oczy, cofnęła się, prawie potykając o pobliski kamień, po czym dając potężny sus do przodu, płochliwie zniknęła między gąszczem krzewów i drzew. Już chwilę później dało się usłyszeć dziki pisk, a jakaś ruda kita śmignęła mu przed nosem, oddalając się w błyskawicznym tempie. Podążając wiernie za nią, cała gromadka, która przed chwilą jeszcze spokojnie piła, teraz w szaleńczym biegu uciekała przed jego postacią. Nie dziwił się. W zasadzie było to mu na rękę - Mniej świadków, więcej prywatności.


 Ale teraz, gdy już schylał się, by zaczerpnąć wody, pojawił się pewien problem - Zegarek. Nie mógł wypuścić go, przecież, do wody. To święty obiekt, a ze świętymi obiektami obchodzić się trzeba delikatnie. Zakołysał nim, a on tyknął, jakby niecierpliwie. W końcu zdecydował, że nie może zrobić nic innego, niźli ułożyć zegarek na łapie i szybko ugasić pragnienie. Delikatnie rozdziawił pysk, odkładając przedmiot. Opadł on bezwładnie na jego kończynę i zatykał. Trwał tak z otwartym pyskiem, delektując się tym uczuciem, że nie trzyma nic między zębami.


Potrząsnął łbem, zaczął zaciskać i rozluźniać szczękę, aż w końcu zanurzył pysk w chłodnej wodzie. To również było cudowne doświadczenie. Płyn wdzierał się bezwstydnie w każdą szczelinę jego paszczy, chłodząc ją. Westchnął z rozkoszy i zaczerpnął łyk wody - Brzuch zaburczał ostrzegawczo, ale on go nie usłuchał, tylko pił zachłannie. Zdawało się, że zaraz pęknie, ale on był zbyt samolubny, by przejmować się nawet swoim organizmem - Liczyła się tylko błogość, towarzysząca temu, że płyn spływał mu do żołądka, że całe jego ciało stawało się na powrót giętkie i elastyczne, bowiem właśnie zwalczał objawy odwodnienia.


 Był tak zajęty delektowaniem się tą cudowną cieczą, że nie zauważył, iż zegarek ześlizguje mu się z łapy i powoli zsuwa do jeziora. W ostatniej chwili opamiętał się i złapał w zęby "święty obiekt".


"Nigdy więcej" - Pomyślał. - "Nie mogę go utracić." - Zakołysał przedmiotem w pysku, pieszczotliwie na niego zezując.


- Ej, ty! - Usłyszał za plecami i łaskawie się odwrócił.


Ujrzał samicę Wolferoon'a. Wysoką, z grubą warstwą futra, porastającego kark. Jej długie uszy miały na sobie drobne blizny i zadrapania. Wyglądała na dość młodą, choć doświadczoną. Gdyby mógł, zmarszczyłby brwi - Czyż ten gatunek nie zamieszkuje wysokich gór?


- Kim jesteś? - Warknęła, stając w bojowej pozycji.


Napadł go atak niekontrolowanego śmiechu.  "Co ona może mi zrobić?" - Dopytał samego siebie, słysząc swój własny, tajemniczy chichot. - "Mi, synowi Śmierci i Czasu, mi, który stara się uratować jej Świat, pełen śmiertelnych, chorobliwie delikatnych istot?"


Wyprostował się, ukazując swą sylwetkę w pełnej okazałości - Może nie zrobiło to na niej większego wrażenia, bowiem była co najmniej dwa razy lepiej zbudowana od niego, ale przynajmniej nabrała do niego szacunku... Może tak: Przynajmniej POWINNA nabrać do niego szacunku.


Przerwał śmiech, pozwalając swojej tajemniczej aurze rozwiać się po polanie, na której się znajdowali.


- Nie boję się ciebie - Syknęła, ale przecież doskonale widział, jak napręża tylnie łapy, odchylając się delikatnie, stając się gotową do ucieczki.


Zniżył łeb, wyjątkowo unosząc ogon - Nie robił tego często. Samica dała ostrożny, wyważony krok do tyłu i zapewne liczyła, że on tego nie zauważy. Och, cóż za śmieszność tej sytuacji - ON CZEGOŚ NIE ZAUWAŻY. Czy tylko on zdaje sobie sprawę z tego, że jest to kuriozalnie zabawne?


Nie miał zamiaru z nią walczyć - Każdy wie, że nie miałby najmniejszych szans. Ale jak tu odmówić temu zawziętemu wyrazowi pyska samicy, gdy tak korciło go, by dać jej popalić w swój ulubiony sposób?


Zarzucił łbem na bok, ukazując swoją szczękę i kły, wysunął swoje krótkie, ostre pazury i naprężył (nieco podbudowane zaspokojeniem pragnienia) mięśnie. Samica nie pozostała mu dłużna i również błysnęła zębami. Sprowokował ją, delikatnie pochylając się do przodu - żeby wyskoczyć i ją zaatakować... Oczywiście, tylko z pozoru.


Wolferoon zawarczał wściekle i ruszył na niego, gotowy do wbicia pazurów w jego ciało. Ale on się już przygotował - W ułamku sekundy dostrzegł oddalony o kilometry stąd czubek góry, skupił się na nim całą swoją siłą woli, pozwolił pętli owinąć się wokół swojej szyi. Dostrzegł rozwścieczone białka oczu samicy, ale w tym samym momencie zmaterializował się na szczycie góry.


Niewyobrażalny chłód owiał jego ciało, zakręciło mu się w głowie, z powodu gwałtownego spadku ciśnienia. Już teraz wyczuł pierwsze objawy choroby dekompresyjnej: Jego ciałem wstrząsnęły drgawki. Miał około pięciu minut, by zejść niżej, bo inaczej umrze.


Po serii wyczerpującej teleportacji w niższe partie góry, znalazł, w końcu nisko położoną pieczarę. Wlazł do niej, czując, że jego ciało jest całe zesztywniałe i wciąż drży. Zawinął się w koncie, czując niewyobrażalny ból brzucha - A oto i skutki jego zachłanności. Jego ciałem targnął bliżej nieokreślony spazm dreszczu, żołądek skurczył się i rozkurczył, wyzbywając się zbędnej zawartości. Zwymiotował.


Dopiero teraz do niego dotarło, że jeśli ktoś nie dostarczy mu wody, lub jedzenia umrze tu, zbyt wycieńczony, by znaleźć się w swej Świątyni Czasu i pośpiesznie oddać się medytacji, aby to jego ciało miało czas na regenerację.


Pozostało mu tylko czekać na rychłą, prawie bezbolesną śmierć z łap górskich bestii, tę boleśniejszą z głodu, odwodnienia, czy wycieńczenia, albo na wybawienie. Choć w to ostatnie raczej wątpił...










Czy ktoś odważy się wybawić Umbrę? Jeśli tak, to czekam w "wyślij opowiadanie", czy też w wypadku administratorów - Nowy post.

Powitajmy mą postać!

Oto Nasza nowa postać!

Umbra


Znajdziecie ją w odnośniku "Samce".